Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 stycznia 2018

Najgorsza plaża w Australii?


Po raz drugi kierujemy się do Melbourne. Poprzednim razem deszcz nieco popsuł nam plany i po krótkiej wizycie w centrum miasta pozostał nam nieco gorzki smak i niedosyt. Tym razem słońce nam sprzyja. Nawet za bardzo, bo na kolejnym odcinku świątecznego roadtripa znaleźliśmy się w samym środku australijskiej fali upałów! 

niedziela, 14 lutego 2016

wietnamska rozpusta


Duszny zapach głęboko smażonego jedzenia, garokuchnie co krok, zapach kolendry, aromatyczny bulion zmiksowany z zapachem spalin, ludzkiego potu i resztek. Tak właśnie pachnie wietnamska ulica. Tak pachnie moje pierwsze zderzenie z kuchnią azjatycką. Lądujemy w Ho Chi Minh City...

niedziela, 27 września 2015

W paszczy herbacianego lwa


D. często powtarza mi, że nie pamiętam wielu rzeczy. To, w co ubrany byłem wczoraj, lub imienia jej koleżanki z pracy, z którą ona pracuje od roku. Tłumaczę, że działam nieco na innych częstotliwościach. Mam szczególną pamięć, przekonuję uparcie. Zwłaszcza słuchową i smakową. No bo kto pamiętałby pomidorową z lanym ciastem w deszczowy czwartek w krakowskim barze mlecznym Żaczek. Nie o zupę tu idzie tym razem.

Myślicie, że Indie to kraj herbaty? Że aromaty suszonych liści płyną wąskimi uliczkami i wodzą za nos amatorów z całego świata? No więc jest trochę inaczej niż w niedzielnych filmach puszczanych do schabowego.

środa, 14 stycznia 2015

opowieść wigilijna, stary człowiek i morze....


Wczesnym wieczorem, dzień przed Wigilią, wjechaliśmy do miasteczka Airlie Beach. Stąd następnego dnia mieliśmy wyruszyć na wyspy, na których planowaliśmy spędzić święta - tuż przy Great Reef Barrier. W Airlie Beach pozostało nam tylko znaleźć łódź, która nas tam jutro, z samego rana dostarczy.

piątek, 4 stycznia 2013

Proszę Pani, kto by pomyślał....


Był jesienny, deszczowy poranek. Chwilę po pierwszym dzwonku z podwiniętymi palcami w mokrych skarpetkach rachowałem szanse na to, że moje nazwisko przerwie jednostajne bzyczenie lamp rozświetlających klasę. Za plecami Pani Żaby w peruce czekała mapa fizyczna świata. Za chwilę Żaba wylosuje numerek z dziennika. Jeśli wylosuje trzynastkę, to będę w kłopotach. Rów Mariański, Góry Smocze, klimat w RPA, czy Kordyliera Centralna? No właśnie, Kordyliera...


Scenka "lekcja geografii" wróciła  po kilkunastu latach jak smak zapomnianych lodów z dzieciństwa, podczas studiowania kolejnej mapy. Od jakiegoś czasu bardziej ufamy własnym wyborom niż przewodnikom. Dorota wskazuje  palcem miejsce i po prostu tam jedziemy. Tym razem była to mapa Filipin, które zwykle kojarzą się z plażami. My filipińską przygodę zaczęliśmy więc od gór w północnej części Luzonu.


Górale z Luzonu to lud znany z obcinania głów, czym się parał jeszcze 60 lat temu. Nawet podczas okupacji japońskiej dali się poznać, jako niezłomni wojownicy. Niska, przysadzista postać z podniesioną maczetą była najstraszniejszym koszmarem, lub ostatnim widokiem jaki mógł zobaczyć japoński żołnierz przed śmiercią. Górale z północnego Luzonu obcinali głowy niemal "na śniadanie". Mężczyzna nie mógł posiąść kobiety, nim nie obciął komuś głowy. Do dziś w niektórych wsiach jedzą psie mięso które pozwala zachować energię.


Tom był pierwszym człowiekiem jakiego spotkaliśmy w paśmie Kordyliery Centralnej. Doświadczyliśmy niepokojącego uczucia, gdy zobaczyliśmy prawie bezzębne dziąsła tego chłopaka w naszym wieku. Od czerwonej miazgi tytoniowej, którą ciągle spluwają ich usta wyglądają, jakby przed chwilą pili krew. Tom udzielił nam kilku wskazówek na temat Ryżowych Tarasów w Banaue i Batad oraz ogólnych zasad poruszania się po ich górach. Udając się w kierunku bazy kwaterunkowej miałem nieodparte wrażenie, że Tom, potomek obcinaczy głów, dobędzie noża i zafunduje sobie dwie nowe głowy. Tym razem z Polski.


Poranek w Banaue zapowiadał się obiecująco. Słońce nieśmiało przebijało się przez chmury. Próbowaliśmy wykorzystać promienie, by wysuszyć nieco zawilgocone buty przed wyprawą w góry. Spakowaliśmy ekwipunek i ruszyliśmy na szlak z Banaue do Batad - wsi położonej 1100 m. n. p. m., do której nie prowadzi żadna przejezdna droga.



Widoki soczystych, zielonych wzgórz powaliły nas dosłownie na kolana. Chmury toczące się po szczytach i grzbietach dawały nieodparte wrażenie, że jesteśmy w jakiejś magicznej krainie. Krainie pięknej i strasznej zarazem, gdzie logika i zdrowy rozsadek przegrały z magią i ludowymi zaklęciami. Po trzech godzinach wspinaczki dotarliśmy do przełęczy. Zostawiając za sobą Banaue zaczęliśmy zejście w kierunku Batad. 


Na tej trasie można spotkań mieszkańców wioski, który na barkach i głowach donoszą zaopatrzenie do swoich domów; kurczaki, buty, żarówki... Górska, rześka wilgoć zaczęła dawać się nam we znaki, lecz szybko o wszystkim zapomnieliśmy, gdy dotarliśmy na miejsce.


Wieś Batad powitała nas na przemian deszczem i słońcem. Widok roztaczający się na tamtejsze Ryżowe Tarasy rzeczywiście wart jest każdej kropli deszczu, która na nas spadła. Usiedliśmy więc przy kubku gorącej kawy podziwiając niezwykłą rolniczo-inżynierską konstrukcję, która liczy sobie ponad 2 tys. lat. Wspólnie zgodziliśmy się, że żadne zdjęcie, które do tej pory widzieliśmy nie oddaje tej głębi przestrzeni. Przestrzeń, to ona tu robi największe wrażenie. Kordyliera Centralna? Droga Pani od Geografii, kto by pomyślał....


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Chinatown i Little India w jednym kadrze


Nieplanowana podróż do Malezji rozpoczęła się od kulinarnej stolicy Azji – wyspy Penang. W mieście założonym 200 lat temu przez Anglików i Holendrów żyją w harmonii Hindusi, Chińczycy i Malajowie. W ciągu kilku minut, przechodząc uliczkami, przenosimy się o tysiące kilometrów.

wtorek, 2 października 2012

Albańskie espresso i inne przysmaki


Albańskie espresso jest pyszne…
Intensywny smak, aromat, moc. Konsystencja taka, jak powinna być, orzechowa crema, do tego szklanka zmrożonej wody. Picie południowej kawy (codziennie w innym miejscu, w innym mieście – bo codziennie gdzieś indziej zawędrowaliśmy) było naszym ulubionym punktem dnia.