Po raz drugi kierujemy się do Melbourne. Poprzednim razem deszcz nieco popsuł nam plany i po krótkiej wizycie w centrum miasta pozostał nam nieco gorzki smak i niedosyt. Tym razem słońce nam sprzyja. Nawet za bardzo, bo na kolejnym odcinku świątecznego roadtripa znaleźliśmy się w samym środku australijskiej fali upałów!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 9 stycznia 2018
niedziela, 14 lutego 2016
niedziela, 27 września 2015
W paszczy herbacianego lwa
D. często powtarza mi, że nie pamiętam wielu rzeczy. To, w co ubrany byłem wczoraj, lub imienia jej koleżanki z pracy, z którą ona pracuje od roku. Tłumaczę, że działam nieco na innych częstotliwościach. Mam szczególną pamięć, przekonuję uparcie. Zwłaszcza słuchową i smakową. No bo kto pamiętałby pomidorową z lanym ciastem w deszczowy czwartek w krakowskim barze mlecznym Żaczek. Nie o zupę tu idzie tym razem.
Myślicie, że Indie to kraj herbaty? Że aromaty suszonych liści płyną wąskimi uliczkami i wodzą za nos amatorów z całego świata? No więc jest trochę inaczej niż w niedzielnych filmach puszczanych do schabowego.
środa, 14 stycznia 2015
opowieść wigilijna, stary człowiek i morze....
Labels:
Australia,
Coral Sea,
Great Reef Barrier,
kawa,
kolory,
Nari's beach,
national parks,
ocean,
podróż,
przyroda,
Queensland,
snorkeling,
Whitsunday Island,
Whitsundays islands,
Wielka Rafa Koralowa,
wildlife,
wyspy
piątek, 4 stycznia 2013
Proszę Pani, kto by pomyślał....
Był jesienny, deszczowy poranek. Chwilę po pierwszym dzwonku z podwiniętymi palcami w mokrych skarpetkach rachowałem szanse na to, że moje nazwisko przerwie jednostajne bzyczenie lamp rozświetlających klasę. Za plecami Pani Żaby w peruce czekała mapa fizyczna świata. Za chwilę Żaba wylosuje numerek z dziennika. Jeśli wylosuje trzynastkę, to będę w kłopotach. Rów Mariański, Góry Smocze, klimat w RPA, czy Kordyliera Centralna? No właśnie, Kordyliera...
Scenka "lekcja geografii" wróciła po kilkunastu latach jak smak zapomnianych lodów z dzieciństwa, podczas studiowania kolejnej mapy. Od jakiegoś czasu bardziej ufamy własnym wyborom niż przewodnikom. Dorota wskazuje palcem miejsce i po prostu tam jedziemy. Tym razem była to mapa Filipin, które zwykle kojarzą się z plażami. My filipińską przygodę zaczęliśmy więc od gór w północnej części Luzonu.
Widoki soczystych, zielonych wzgórz powaliły nas dosłownie na kolana. Chmury toczące się po szczytach i grzbietach dawały nieodparte wrażenie, że jesteśmy w jakiejś magicznej krainie. Krainie pięknej i strasznej zarazem, gdzie logika i zdrowy rozsadek przegrały z magią i ludowymi zaklęciami. Po trzech godzinach wspinaczki dotarliśmy do przełęczy. Zostawiając za sobą Banaue zaczęliśmy zejście w kierunku Batad.
poniedziałek, 17 grudnia 2012
wtorek, 2 października 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)













