Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 grudnia 2015

pocztówka z kraju



Pół roku temu byłem z D. na innej planecie. Byliśmy z wizytą w Polsce. Minęło wówczas dwa lata od kiedy ostatni raz widzieliśmy się z bliskimi. Trudno nazwać to powrotem. Była to raczej serdeczna podróż do pięknego kraju i pięknych bliskich nam ludzi. Znaleźliśmy się w dość nietypowym położeniu, którego nie bylibyśmy w stanie sobie wyobrazić jakieś trzy lata temu. Sytuacja, w której odwiedzamy rodzinny kraj patrząc na niego z nieco innej perspektywy. Trochę jak turyści, trochę jak podróżnicy, trochę jakby przejazdem.  Efekt świeżości. To nie ekran telewizora. Obraz jest dotykalny, wszystko jest piękne. Wciąż czujemy się swobodnie.

niedziela, 9 sierpnia 2015

w tłumie


Był taki film Kutza o facecie, który przechodził ulicami na Śląsku i dał się porwać przez protestujący tłum. Później miał przez to trochę kłopotów. Nam się dziś zdarzyło coś bardzo podobnego, z tym, że na ulicach Sydney. 

niedziela, 12 lipca 2015

przy granicy z Pakistanem



Pierwszym krajem, który odwiedziłem była Czechosłowacja. Jest to zdanie prawdziwe, są świadkowie, są też zdjęcia. Było to na wycieczce szkolnej, gdy wraz z kilkoma łobuzami zboczyliśmy z górskiego szlaku, by tuż za biało-czerwonym słupkiem postawić krok na obcej ziemi. Kilkanaście lat później postanowiliśmy z D. wychylić głowę zza odrutowanego ogrodzenia po stronie indyjskiej, by zobaczyć jak wygląda kawałek Pakistanu.

sobota, 16 maja 2015

Agra: kolos numer jeden


Fort w Agrze* to pierwsze miejsce z obowiązkowej listy nazwijmy to monumentów-budowli do zobaczenia w Indiach. Rozumiemy nieco skrępowanie podróżników, którzy wzdrygają się na myśl o fakultatywnych wycieczkach i obowiązkowych muzeach, ale coś musi być na rzeczy skoro rzesze odwiedzających przybywają tu każdego miesiąca. 

piątek, 15 maja 2015

New Delhi. Runda pierwsza


Mityczne Indie, na które długo czekaliśmy! Jeszcze nie czuję, że jesteśmy w Indiach – mówiła D. kiedy szukaliśmy połączeń w długich tunelach metra. Widzieliśmy już ulice Sajgonu, błądziliśmy po zakamarkach Manili, no więc gdzie ten chaos, gdzie ten gwar, o którym tak dużo czytaliśmy?

czwartek, 2 kwietnia 2015

Vanuatu na rok przed cyklonem


''Raj" na ziemi jest właśnie tam. Ta komiksowa wysepka z palemką, na której rozbija się kaczor Donald z balonowej gumy.W połowie marca tego roku, potężny cyklon Pam* zrównuje z ziemią ten nasz raj.

wtorek, 16 września 2014

wind and kites.... to celebrate the start of spring


Nie przepadamy za festiwalami w wielkim mieście. Festiwal to tłumy, przepychanki i hałas. Bardziej od hałasu wolimy spokój, bardziej od tłumów własne towarzystwo.

sobota, 7 czerwca 2014

Co słychać w wiosce?

Dziś dźwięki z Tanny.
...
Czasem w podróżnym archiwum warto zrobić porządek, 
żeby odnaleźć takie oto dźwięczne perełki.

Custom village on East Tanna sounds amazing!













niedziela, 27 kwietnia 2014

Mocny początek na Vanuatu!

Vanuatu, Tanna. Wreszcie noc.  Ciemność sprawia, że wulkaniczna wyspa zmienia się nie do poznania. Podnóże wulkanu zasnuwa najczarniejsza z czarnych ciemności jaką widzieliśmy. Gdzieś w głębi tej pasty miga kilka punkcików. To snop iskier z ogniska. Idziemy w jego kierunku. Słup światła z naszej latarki rysuje kształty pod nogami. Zadziwiające, ale dopiero w nocy w powietrzu możemy dojrzeć jak bardzo zapylona jest Tanna. Podobno Mt. Yassur budzi się właśnie nocą...


Na tej wyspie każdy jest kuzynem każdego, więc nie zdziwiło nas, że Filip oczekiwał na nas przy ognisku z kilkoma nowymi twarzami. Pośród nich mały chłopiec, syn Filipa, który miał dziś kilka odpowiedzialnych funkcji. Obecność D., jedynej kobiety, początkowo budzi lekkie spięcie. Kobiety ze wschodniej części wyspy nie piją Kavy, ale D. uzyskała specjalne pozwolenie. Za chwilę siądziemy wspólnie przy ognisku i weźmiemy udział w zamkniętej dla turystów ceremonii picia narkotycznej Kavy. Ceremonii, która nie jest teatrzykiem dla przyjezdnych, tylko wieczorną rutyną mężczyzn Tanny.


Korzenie tej rośliny są otaczane szczególną czcią, dlatego też żadna z jej części nie może dotknąć ziemi. Według miejscowej legendy roślinę ofiarowały ludziom duchy. Pewna kobieta kąpiąc się w morzu zaczęła odczuwać bóle porodowe. Gdy wyszła na brzeg poroniła korzeń a duch do niej przemówił. - Weź ten korzeń i daj swojemu mężczyźnie niech go zasadzi, on będzie wiedział, co z nim zrobić. Jak to zwykle w legendach bywa, kobieta posłuchała głosu i w ten sposób korzeń, który wyszedł z jej łona trafił do członków jej plemienia. 


Każdy wziął do ręki po jednym korzeniu. Zanim będziemy mogli napić się Kavy musimy najpierw ją przeżuć. Inaczej niż na Fiji (więcej o kave na Fiji TUTAJ>>), tu na Vanuatu, Kavę się żuje, a nie mieli. Roślina jest dość intensywna w smaku, po kilku kęsach zaczyna paraliżować język. Chwilę później, gdy chciałem coś powiedzieć, zorientowałem się, że moje usta nie reagują. Poczułem jakby mi je ktoś przykleił do twarzy. Lekki sceptycyzm minął. Oto chwile, dla których zamieniliśmy ciepłe posadki za biurkiem. - A teraz wszystko wypluj na liść, zaraz będziemy to pić - Filip przerwał ciszę dżungli. Jego kuzyni wypluli szarą breję na moją szarą breję. 


Deszczówka, którą się tu pije służy za wspaniały rozpuszczalnik. Mężczyźni zaczęli przecedzać szarą miazgę, którą przeżuliśmy. Teraz zaczynam dostrzegać uniwersalność każdego rytuału. Niezależnie od religii, kultury, czy miejsca - jednoczymy się w magicznym, zamkniętym gronie. Staniemy się braćmi, kimś więcej niż tylko znajomymi.




Gdy sporządzono zawiesinę, Filip z namaszczeniem rozlał go do kokosowych muszli. Jedna muszla na głowę powinna wystarczyć dla niewprawionych organizmów. Szara ciecz w smaku przypominała wodę z kałuży.



Nasi gospodarze z ogromnym uznaniem patrzyli na nas, gdy bez grymasów wychyliliśmy po muszli. Po chwili dolewka była gotowa. -Wy wypiliście to, co my żuliśmy, my wypijemy to, co wy żuliście - powiedział przyjaźnie mężczyzna. Po chwili wyciągnęli pomięte kartki ze szkolnych zeszytów, w których trzymali jakieś zawiniątko. Sprawne palce naszych gospodarzy przygotowały po skręcie dla każdego. - Myślałem, że wy nie palicie papierosów - zagadnąłem do Filipa. - To część naszego rytuału. Po wypiciu Kavy zwykle palimy tytoń, który sami hodujemy. Mocna woń tabaku uderzyła w nozdrza. Lekki szum w głowie dał wytchnienie po długim dniu. Tony Halik byłby zachwycony...




Wielu pyta, jak działa Kava. Filip miał najlepszą odpowiedź. - Wolę nie opowiadać, lepiej przeżyć na własnej skórze. Miał rację. Przede wszystkim poczuliśmy się zrelaksowani. W ciemnej ciszy dżungli stan błogości i lekkiego odrętwienia. Ponad palmami czerwona łuna z krateru i cykliczny łoskot, który można było poczuć nawet w kościach. Czarny pył, na którym siedzieliśmy wydał się miększy niż zwykle, a jeden z kuzynów zaczął nam przypominać sympatycznego potwora z bajki Disneya. Kava zaczęła działać... 


Kava kava - inaczej pieprz metystynowy. Roślina uprawiana na wyspach Oceanii. Narkotyczne działanie jej korzeni zapewniło jej szczególne miejsce w lokalnej kulturze. Najsilniejsze działanie przypisuje się roślinom uprawianym na Vanuatu. Jest psychodelikiem o działaniu uspokajającym. Znajduje zastosowanie, jako składnik bazowy dla niektórych leków używanych w medycynie zachodniej. W Polsce całkowicie zakazana.     

piątek, 11 kwietnia 2014

Fiji city life


Fiji to mityczne obrazy. Plaża, piasek, lazurowa woda i uśmiechnięci ludzie. To jednak obrazki z turystycznych ulotek zapraszających na rajskie wyspy. na każdej takiej ulotce widać zarys białej pary spacerującej w kierunku zachodzącego słońca. On w lnianych spodenkach z rozpiętą koszulą, ona w zwiewnym odzieniu, z jakimiś muszlowymi motywami. Do tego krzywa palma z kokosami nad brzegiem, albo kokos z rurką i parasolką.

Fiji has the name of mythical images. Beach, sand, azure water and smiling people. This, however, pictures of tourist leaflets inviting to paradise island. Any such leaflet can be seen strolling outline white steam into the sunset. He linen pants unbuttoned shirt, she in airy attire, with some shells motifs. For this curve palm tree with coconuts on the shore, or a coconut with a straw and umbrella.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Australia. Najlepsze miejsce do życia? Praca

Kilkanaście tygodni temu komary znad Mekongu żarły mnie żywcem. Popijałem zimne piwo, a Turek, którego poznałem przy barze powiedział: Australia to najlepsze miejsce do życia.
Nie wiedzieliśmy, że będziemy mieli okazję sprawdzić na własnej skórze, czy jego słowa były prawdziwe.


Jak znaleźć pracę w Australii? 

Według statystyk biur pośrednictwa pracy 80 procent etatów obsadzanych jest "po znajomości". "Po znajomości" w Australii znaczy coś innego, niż w Polsce. Chodzi o poręczenie własnym słowem, lub nazwiskiem za osobę, która poszukuje pracy. Zwykle bywa tak, że pracodawca zanim ogłosi nabór na stanowisko, wcześniej dokona solidnego researchu pośród swoich znajomych. Oczywiście nie chodzi o zapchanie dziury byle kim, ale chodzi o osobę, która chce pracować, ma zbliżone kwalifikacje i umiejętności do oczekiwań pracodawcy, oraz będzie na tyle godna zaufania, że ktoś za nią poręczy.
Co ciekawe, osoba, która poleciła solidnego pracownika może liczyć na wdzięczność w postaci butelki dobrego wina, zaproszenia na lunch, lub po prostu kilkadziesiąt dolarów nieopodatkowanego prezentu. Płacę ci, daję ci drobny prezent, upominek za to, że jestem zadowolony z osoby, która mi została polecona - tak wygląda ten układ. Poza działaniami rządowymi, programami dla bezrobotnych tego rodzaju praktyka ma zbawienny wpływ na rynek pracy. Podczas, gdy średnia w krajach UE to aż 12 proc., odsetek osób pozostających bez zatrudnienia w Australii utrzymuje się na stałym poziomie i wynosi 5,4 proc.

Kursy, certyfikaty i licencje

Szukając zajęcia w jakiejkolwiek dziedzinie musimy się liczyć z tym, że o wiele łatwiej będzie, gdy będziemy posiadali certyfikat, lub jakieś świadectwo odbycia profesjonalnego kursu. Barista, barman, pracownik budowlany, operator wózka widłowego a nawet trener fitness - to tylko niektóre profesje, które wymagają specjalnego certyfikatu. Zwykle za sumę około 100 dolarów można odbyć jednodniowy kurs przygotowujący. Natomiast licencja, to już poważniejsza sprawa. Można ją zdobyć niemal w każdej dziedzinie i jest przydatna przy prowadzeniu własnej firmy. Zdobywanie licencji w danej profesji wymaga nieco pieniędzy, czasu i praktyki oraz pozytywnego zdania egzaminu kończącego. Poszukując pracy w Australii warto zainwestować w siebie paręset dolarów na kurs, lub szkolenie, o które z pewnością zapyta przyszły pracodawca.

Droga awansu, kultura pracy i zwyczaje

To, co w Polsce jest teorią zapisaną w kodeksie pracy czy opisie stanowiska, w Australii pozostaje żelazną regułą obowiązującą na co dzień, bez wyjątku. Po pierwsze; nie wolno wykraczać poza zakres swoich obowiązków. Im bardziej specjalistyczna profesja, tym ostrzej to założenie jest przestrzegane. Przykład: pracujesz w kawiarni, zepsuł się ekspres do kawy a klienci czekają. Prawdopodobnie potrafiłbyś go naprawić (w Polsce pracodawca wręcz oczekiwałby tego). Niestety nie masz uprawnień, więc wywieszasz tabliczkę, że kawy dziś nie podajecie i dzwonisz do serwisu. Nikt się nie awanturuje, klienci z uśmiechem zamawiają coś w zamian, a szef cię chwali za właściwie podjęte kroki.  Podobnie w pracy biurowej. Zespół pracujący nad projektem nie przeskoczy do kolejnego etapu bez brakującego ogniwa, które jest... na zwolnieniu lekarskim. Projekt (o ile w grę nie wchodzą większe pieniądze) czeka, aż wrócisz, by dokończyć właściwie część pracy, która ci została powierzona. Nikt nie włączy twojego komputera, nie wyciągnie papierów z twojego biurka.

Jeśli się zorientujesz, że w pracy obowiązków przybywa, to może znaczyć, że szef szykuje ci awans, lub podwyżkę. Zauważył, że świetnie sobie radzisz z powierzoną pracą, kolejne przydzielane zadania są wyrazem zaufania do ciebie, czego zwieńczeniem jest podwyżka, lub bonus finansowy. W Polsce, co jest praktyką nagminną,  zapytanie o podwyżkę wobec przybywających obowiązków w pracy może spotkać się z mało przychylną reakcją szefa.  

Zupełnie inaczej wyglądają możliwości awansu wewnątrz danej organizacji. Przede wszystkim swoją pracą świadczysz o sobie. Przynoszenie kawy szefowi, lub wysyłanie bezproduktywnych mejli niewiele pomoże. Wielokulturowe pochodzenie osób mieszkających i pracujących w Australii ma swoje dobre strony. Jesteś oceniany według jasno wytyczonych reguł, równych dla wszystkich. W każdej większej firmie jest zewnętrzny konsultant nieopłacany przez firmę. Jeśli masz z czymś problem i masz wrażenie, że reakcja twoich przełożonych jest niezadowalająca masz prawo, a wręcz oczekuje się od ciebie, by udać się do takiej osoby. Wizyta u konsultanta nie jest traktowana, jak skarga. Wręcz przeciwnie; to informacja zwrotna dla organizacji, że coś nie działa tak, jak powinno. To impuls do refleksji nad zmianą na lepsze w organizacji.

Co ciekawe, nie tylko biuro ale nawet australijska budowa jest miejscem, gdzie nieodpowiednie zachowanie i język są piętnowane. Należy uważać na język i odnosić się z kulturą i szacunkiem do współpracowników. Brzmi to, jak teoretyczne założenie, ale pracodawcy rzeczywiście dbają o to, by nawet budowa była miejscem, gdzie każdy czuje się dobrze. Myślenie australijskiego pracodawcy jest zabójczo proste; dobre samopoczucie pracownika w pracy, to dobrze wykonana praca.

Przerwa w pracy to rzecz święta. To czas dla ciebie. Możesz z nim zrobić, co zechcesz. Pracodawca bardzo dba o to, by pracownicy udali się na przerwę o wyznaczonej porze. Będzie także patrzył na zegarek, gdy 30 minutowy lunch dobiegnie końca. Upragniony piątek wygląda znacznie inaczej, niż w Polsce. Na koncie jest już tygodniówka, więc w dobrym tonie jest udać się po pracy na drinka. W niektórych firmach w zwyczaju jest, że w piątkowe popołudnie, na godzinę przed końcem pracy szef sięga do lodówki po piwo, lub drinka, częstując także pracowników. To dobra chwila, by ściągnąć krawat, wymienić kilka luźnych uwag z szefem i być może umówić się z nim na kolejnego drinka już po opuszczeniu biura.

Made in Asia?

Wobec światowego kryzysu i wzrostu bezrobocia rzesze ludzi na całym świecie wybierają Australię, jako swój kraj przeznaczenia. Tu imigranci poszukują pracy, tu zakładają rodziny. W Australii, jeśli chodzi o rynek pracy, na którym ważnym elementem są przyjezdni, występuje podobne zjawisko jak kilka lat temu w Irlandii, gdzie tysiące Polaków poszukiwało zatrudnienia na Zielonej Wyspie. Tymczasem do Australii napływają w największej liczbie nie Polacy.... a  Azjaci. Wielu Australijczyków (i nie tylko) zwraca uwagę na fakt, że przybyli Chińczycy/Koreańczycy/Wietnamczycy po prostu kolonizują dane dzielnice a nawet miasteczka. Tak ogromny napływ ludzi sprawia, że wielu z nich jest gotowych pracować za mniejsze stawki, niż jest to ogólnie przyjęte na rynku.
Przykład z życia wzięty: australijska firma wyceniła realizację projektu na 20 tys. dolarów. Zakładany czas realizacji - trzy tygodnie. Jak nie trudno się domyśleć chińska konkurencja jest gotowa podjąć się zadania za mniejszą o połowę stawkę, a czas realizacji jest krótszy przy zachowaniu podobnej jakości wykonania.Taka sytuacja jest zmorą nie tylko dla innych grup narodowościowych, które szukają szczęścia w tym kraju, ale i dla samych Australijczyków. Martwią się oni sytuacją, w której muszą wybierać pomiędzy niską ceną proponowaną przez azjatyckiego fachowca/usługodawcę a ceną innych firm. Jednak dużą zaletą australijskiego rynku i  australijskich konsumentów jest to, że wspierają oni samych siebie. Australijskie firmy dbają o to, by konsumenci wiedzieli, że wybierając ich usługi bądź produkty, wspierają własną gospodarkę. "Dumnie wpieramy rozwój Australii" - to tylko niektóre hasła reklamowe pochodzące z reklam różnego rodzaju produktów czy usług. Być może tego rodzaju świadomość konsumencka sprawiła, że Australia, jeśli chodzi o rynek pracy,  nie podzieliła losów Irlandii.



Australia. Najlepsze miejsce do życia? Praca - to pierwsza część cyklu opisującego różne aspekty życia w Australii widziane naszymi oczami, które będą publikowane na tum blogu
Cokolwiek powiedzieć i napisać o pracy trzeba wiedzieć, że w tym kraju, tak jak w Polsce, trzeba ciężko pracować. Pieniądze nie leżą na ulicy, nikt na lotnisku nie czeka z otwartymi ramionami i kontraktem do podpisania. Każdy jest kowalem własnego losu, a sukces zależy w ogromnej mierze od ciebie samego.    

niedziela, 10 lutego 2013

Nasze nowe miejsce...


Po azjatyckiej tułaczce znaleźliśmy miejsce, w którym postanowiliśmy zamieszkać. Granica Marrickville i Newtown w Sydney. Okolica znana jest w całym mieście z prężnie działających  lokalnych ruchów i towarzystw obywatelskich.

niedziela, 3 lutego 2013

Outback story: "Space is only noise if you can see"


Nie mieliśmy pojęcia, że po wylądowaniu w Sydney sprawy zaczną się toczyć tak szybko. Nie wiedzieliśmy, że to miasto, i ten kraj wchłonie nas tak głęboko. Gdy oglądaliśmy mapę, wyprawa do serca Australii wydawała się niewinną przejażdżką. - Weźcie dużo wody, weźcie dużo paliwa - mówili nam.

czwartek, 24 stycznia 2013

Ostatnia azjatycka stolica




Nawet taksówkarz miał problem, by znaleźć dom Angeli. "Zapytajcie o mnie w dzielnicy, to wszyscy wam wskażą mój dom" - powiedziała przez telefon.  Gdy wysiadaliśmy z samochodu czuliśmy wzrok jej sąsiadów. Tu, na wąskiej ulicy nie ma tajemnic. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że Wigilię Bożego Narodzenia w najbardziej katolickim kraju w Azji przyjdzie nam spędzić w towarzystwie nie-katolików.



Angela i jej bardzo sympatyczna mama Nora przyjęły nas jak członków rodziny. Wiedząc, że ten dzień w naszym kraju jest obchodzony w sposób szczególny, postanowiły przygotować świąteczną kolację. Ich otwartość i chęć poznania ludzi z dalekich krajów po prostu nas urzekły.



Mimo brudnych i hałaśliwych ulic, Manila zawsze będzie się nam kojarzyła z ludźmi. Otwartymi i szczerymi, wśród których czuliśmy się swobodnie. Anton - człowiek o wielkim sercu, który wraz z żoną, byli dla nas przewodnikami po filipińskich smakach. Do momentu spotkania z nimi nie wiedziałem, że Polacy i Filipińczycy mają tak wiele wspólnego. Manila to przede wszystkim ludzie. Samo miasto jest jak labirynt bez planu, w którym gubią się nawet miejscowi.





poniedziałek, 17 grudnia 2012

Chinatown i Little India w jednym kadrze


Nieplanowana podróż do Malezji rozpoczęła się od kulinarnej stolicy Azji – wyspy Penang. W mieście założonym 200 lat temu przez Anglików i Holendrów żyją w harmonii Hindusi, Chińczycy i Malajowie. W ciągu kilku minut, przechodząc uliczkami, przenosimy się o tysiące kilometrów.

środa, 12 grudnia 2012

To dobry moment na rewolucję

Ostre promienie odbite od tafli morza drażnią oczy. Gdzieś na horyzoncie formuje się ciemniejsza bryła. To Koh-Phangan, kolejna wyspa, na której postawimy stopę. Mały port, do którego zawinęła nasza łódź skąpany w tropikalnym budyniu o mydlanym posmaku. Pod elektrycznymi pajęczynami betonowe uliczki, a na nich leniwie sunące skutery i nieliczne samochody. Tu jest tajemnica. 


Tuż przed naszym przybyciem odbyło się tajne spotkanie, na którym miejscowi ustalili szczegóły…
Na razie życie toczy się normalnie. Jakiś aktor opłacany przez rząd Tajlandii niezwykle przekonująco pcha wózek z owocami. Inny, za mniejszą gażę gra śpiącego rybaka w hamaku. 
Za kilka godzin tropikalny potwór zwymiotuje na nas ciemnością.
Nie ma prądu. 
Na całej wyspie.  
Całej.


Miejscowi, którzy otrzymali ulotki na tę okoliczność mogli przeczytać, jak należy się zachować, gdy zniecierpliwiony przyjezdny będzie się dopytywał o prąd. Nikt nie chce nam powiedzieć, kiedy awaria będzie usunięta. Uśmiechają się miło, udają, że im to nie przeszkadza. Nie chcą, by ktoś wyjechał. Przez pierwsze kilka godzin życie toczy się normalnie. Ludzie jedzą, piją, rozmawiają. My też. Przecież za kilka chwil wszystko wróci do normy. Włączymy lampkę, wreszcie gorący prysznic. Przecież nie mogą zostawić ludzi całkowicie odciętych od prądu…


Ciemność czarna jak sutanna i robactwo brzydkie jak szatańskie dzieci wzięły we władanie nasze lokum. Nie pozostało nam nic innego, jak zasnąć z nadzieją, że Słońce szybko wzejdzie. Krótki rzut oka na sito z gwiazd na niebie i dobranoc. 


Rano pojechaliśmy do miasta. I znowu. Tuż przed naszym przybyciem odbyło się tajne spotkanie. Jakiś aktor opłacany przez rząd Tajlandii niezwykle przekonująco pcha wózek z owocami. Inny, za mniejszą gażę gra śpiącego rybaka w hamaku. Już tak drugi dzień. Po ulicach jeździ samochód, z którego nerwowy facet coś krzyczy. My możemy się jedynie domyślać, że chodzi o coś poważnego. Sprzedawcy owoców wyjaśnili nam, że prądu nie będzie przez dłuższy czas. Jak długo? Nie wiedzą. 


Zamknięte stacje benzynowe, nieczynne bankomaty i brak ciepłej wody. Kawę jeszcze podają. Siedzimy przy stoliku, liczymy ostatnie grosze i zastanawiamy się, co będzie dalej. Sprzedawca butelkowanej benzyny na tabliczce skrobie nową cenę. Kobieta, u której można wymienić pieniądze zamieściła nowe ceny dolara. Nie działają lodówki, piwo robi się coraz cieplejsze.
Zrobiło się nerwowo.
To dobry moment na rewolucję. 


Służby mundurowe w liczbie 3 zaspanych policjantów postawione w stan najwyższej gotowości. To znaczy postawieni z gwizdkiem na trzech skrzyżowaniach w miasteczku. Sprzedawcy zapisują w zeszycikach rachunki, a przed zmrokiem wyganiają klientów ze sklepów, by czuwać całą noc przed wejściem. 
Dla nas wciąż pozostaje to teatrzykiem. Słońce zachodzi szybko, o 19 już leżymy w łóżkach. Małe latareczki niewiele pomagają. Czekamy na koguty. Trzeciego dnia znów pojawiamy się w miasteczku. Nieliczni szczęśliwcy cieszą się prądem z agregatów, do których wlewają coraz droższą benzynę. Wreszcie jakaś informacja; dziś przez dwie godziny będzie zasilanie na wyspie. Wybieramy strategiczne miejsce przy bankomacie w nadziei, że zadziała. Jeśli nie, będę musiał wziąć dzidę i ruszyć w dżunglę. Do godziny zero pozostało kilka minut. Policjanci w ciemności kierują ruchem przy pomocy gwizdków. Oczami wyobraźni widzimy splądrowane sklepy, fruwające nad chodnikami kamienie i butelki z benzyną. 


Jednak wyspiarze z wrodzonym spokojem przyjmują to, co los im daje. Pyk i nastała światłość. Ooooo – słychać z ust zgromadzonych. Uliczne latarnie znów zaczynają charakterystycznie bzyczeć, gdzieś uruchomiło się radio. Z głośnika znów leci Bob Marley. Nerwowi turyści ustawiają się w kolejce do bankomatu. Każdy wyciąga grube pliki banknotów, bo nie wiadomo co będzie dalej. Szalona jazda po krętej drodze, by zdążyć naładować telefony. Byliśmy tacy beztroscy. Dopiero teraz zaczynamy rozumieć, jak wspaniale nam było gdy Słońce i noc dyktowały nam warunki…