Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wietnam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wietnam. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 14 lutego 2016
poniedziałek, 19 listopada 2012
Hanoi
Wjeżdżając do tego miasta od razu widać, że to stolica. Szerokie drogi, w centrum zdarzają się miejsca dla spacerowiczów, dużo turystów, ale klimat z nastawieniem na swojskość. Oczywiście są tu sklepy z miejscową cepelią dla turystów i knajpki serwujące zachodnie jedzenia, ale większość uliczek starej dzielnicy Hanoi nie pozwala zapomnieć, że jest się wciąż w Wietnamie.
Posługując się jednym z popularniejszych przewodników dotarliśmy do "taniego" hostelu.15 dolarów za noc, gwar jak w brytyjskiej knajpie - podziękowaliśmy. Tuz za rogiem trafił nam się pusty, taniutki hostel w najlepszymi warunkami sanitarnymi jakie do tej pory spotkaliśmy w Azji. Bardzo miła obsługa, spokój i cisza oraz widok z okna na uliczkę i neony (jak w czarno-białym filmie na podstawie Chandlera). Ruszyliśmy w miasto...
Tu także życie toczy się na ulicy. Jest nieco chłodniej, jak na Wietnam, ale turyści zawsze znajdą pretekst, by się ochłodzić. Stara dzielnica klimatem oprócz cen przypomina krakowski Kazimierz. Poza lokalnym stylem jest tu kilka knajpek iście europejskich, w których angielskojęzyczni urządzają pijatyki. Wciąż jest głośno, wciąż klaksony. Na dnie gardła osadza się warstwa spalin i kurzu. Już wiemy po co miejscowi noszą maski. 24 godziny w Hanoi wystarczą, by poczuć to miasto podskórnie. Zasypiamy dopiero po 2 w nocy słysząc gwar, klaksony, wulgaryzmy, dziewczęce śmiechy. Nam to nie przeszkadza. Miasto żyje...
Czas opuścić głośny, tłoczny czasem męczący Wietnam. Wietnam, który okazał się innym państwem, niż wyobrażaliśmy sobie w Polsce. Pocztówki, filmy, zdjęcia - z nich bije egzotyka, która przyciąga. Jednak uczestnictwo w tej egzotyce może czasem odpychać. Z Hanoi autobusem ruszamy na zachód, w kierunku Laosu. Mijając ostatnie zabudowania powiedziałem: jeszcze tu wrócę z kamerą zrobić dokument. Jest o czym...
życie ulicy, uliczny fryzjer...
Czas opuścić głośny, tłoczny czasem męczący Wietnam. Wietnam, który okazał się innym państwem, niż wyobrażaliśmy sobie w Polsce. Pocztówki, filmy, zdjęcia - z nich bije egzotyka, która przyciąga. Jednak uczestnictwo w tej egzotyce może czasem odpychać. Z Hanoi autobusem ruszamy na zachód, w kierunku Laosu. Mijając ostatnie zabudowania powiedziałem: jeszcze tu wrócę z kamerą zrobić dokument. Jest o czym...
niedziela, 18 listopada 2012
Kolej na kolej, a widoki z Hoi An
Z gorącego i chaotycznego południa udało nam się dojechać do połowy Wietnamu koleją. Pociąg złapaliśmy w Sajgonie, by po 16 godzinach wysiąść w Da Nang. Podróż, jak żadna inna.
Po dniu w niezbyt ciekawym Da Nang, wyruszyliśmy w końcu do deszczowego Hoi An. Znaleźliśmy tani pokój w hostelu za 6 dolarów (jak się później okazało- pokój do hotelowego stafu), pokój za dnia miły przytulny z tarasem i niesamowitym widokiem, w nocy przerażał...
Na samym wstępie trzeba powiedzieć, że jeśli ktoś narzeka na polską kolej, to powinien się przejechać wietnamskim pociągiem. Stacja kolejowa wygląda jakby niedawno była ostrzelana z armaty, by się dostać do głównego wejścia trzeba kluczyć pomiędzy przycupniętymi sprzedawcami wszystkiego. Owoce, napoje, papierosy - wszystko można kupić. Skwar jak w saunie, gwar jak na targowisku. Przy wejściu na peron, w ciżbie ludzkiej dostrzegamy inne blade twarze - Niemcy, co najwyżej Anglicy - ze strachem w oczach niesieni przez tłum niskich, szybki i zwinnych miejscowych w kierunku peronu. Tu pierwsza kontrola - bez ważnego biletu nie wejdziesz na peron - porządek musi być! My mamy bilet, więc wchodzimy. Od zaprzyjaźnionej rodziny, która odprowadza nas na dworzec słyszymy instrukcję, jak wsiąść do pociągu. Nauczyliśmy się już słuchać, nie pozwalamy sobie na zarozumiałość - myśli w stylu "nas nie trzeba pouczać, jak zając miejsce w wagonie" odkładamy na bok. Z hukiem nadjeżdża skład. Kilkanaście wagonów. My do dziesiątego. Szybko, szybko, zaraz odjeżdża. Ktoś krzyczy, nie zdążyliśmy się pożegnać, już jesteśmy w ciasnym korytarzu, jakaś kobieta wchodzi mi na plecy, z rozciętej nie wiadomo kiedy reki leci krew. Z bezsilności do oczu cisną się łzy...
Tłok, zamieszanie i troska o sprzęt nie pozwoliły na zrobienie choćby kilku zdjęć wietnamskich kolei. Ilustracją do wpisu są zdjęcia magicznego miejsca do którego dotarliśmy po nocy spędzonej w Da Nang. To magiczne miejsce to Hoi An. Nadpsuta niestety turystyką, kolonialna miejscowość, przywitała nas ulewnym deszczem. Podało cały dzień. Zachwycona deszczem i tym w jaki sposób nasycił kolorem roślinność i wszystko dookoła, ani przez moment nie chowałam aparatu...
Gdy sytuacja się już uspokoiła udało nam się znaleźć nasze leżanki. W przedziale Chińczyk ze świdrującymi oczami, para Hiszpanów, dwie wietnamskie kobiety i krew na ręce czerwona jak krew.
Niezły początek transwietnamskiej podróży pociągiem...
Wietnamskie koleje oferują trzy rodzaje miejsc. Najtańsze: na drewnianych ławkach w wagonach z zakratowanymi oknami bez szyb. Średni standard: rozklekotane siedzenia z podbiciem z podartej gąbki i wreszcie luksus; w postaci platform do leżenia, z kilkudziesięcioma centymetrami wolnej przestrzeni ponad głową.
Czas szybko mija, bo z Hiszpanami mamy wiele wspólnych tematów, przedział dalej siedzi rosyjska rodzina z którą można zamienić słowo, tylko ten Chińczyk nie daje nam spokoju. Siedzi i patrzy. Nie mówi prawie nic, bo nie zna angielskiego. Gdy nadjeżdża wózek z napojami Chińczyk wyciąga gruby portfel i kupuje kilkanaście puszek piwa i jakieś przekąski. Nie pyta nikogo, czy ma ochotę - po prostu wręcza każdemu puszkę. Z krótkiej wymiany gestów dowiadujemy się kim jest nasz współpasażer. Chińczyk jest bankierem, który postanowił zrobić sobie wakacje z plecakiem. Lista krajów, które odwiedził jest imponująca. Uśmiecha się lekko i cmoka przedziwnie ustami w naszym kierunku podając kolejne puszki piwa. Po jakimś czasie orientujemy się, że te gesty z jego strony są najwyższym wyrazem sympatii, na jaki może się zdobyć nie znając języka, w którym moglibyśmy porozmawiać. I tak sobie jedziemy przez czarną jak smoła noc.
Po 16 godzinach pociąg zatrzymuje się w Da Nang. Już na peronie wszystkie blade twarze są zaczepiane przez wózkowych, sprzedawców, "taksówkarzy" i taksówkarzy... Również i my jesteśmy dla nich potencjalnym źródłem zarobku. Potrzeba było 10 minut uprzejmych gestów odmawiania, by zrozumieli, że akurat nie jesteśmy zainteresowani ich usługami. Czekaliśmy przed dworcem na Nghia i Lien - małżeństwo, które pomimo nieznajomości żadnego języka poza swoim ojczystym, postanowiło nas ugościć...Po dniu w niezbyt ciekawym Da Nang, wyruszyliśmy w końcu do deszczowego Hoi An. Znaleźliśmy tani pokój w hostelu za 6 dolarów (jak się później okazało- pokój do hotelowego stafu), pokój za dnia miły przytulny z tarasem i niesamowitym widokiem, w nocy przerażał...
Śniadanie w Hoi An
Targ w Hoi An
Życie na targowisku...
Takich kolorów nie ma na polskiej ulicy...
Z Hoi An kierujemy się na północ...
środa, 14 listopada 2012
Sajgon - chaos nabrał nowego znaczenia
Miasto, którego nie sposób zrozumieć. Życie toczy się tu na chodniku. Słońce, spaliny i kurz zabiją każdego cwaniaka, który zignoruje jego wysokość Sajgon!
Życie mieszkańców toczy się na chodniku. Z otwartej na ulicę izby sprzedają jedzenie, szyją spodnie, strzygą głowy. Pracują, jedzą, śpią, kochają się, wychowują dzieci (czasem nielegalnie!). Podobno Wietnamczycy z północy kraju przenoszą się do Cho Chi Ninh City, by podnieść standard życia. Ciekawe, co nas spotka w Hanoi...
Nikt nie mówi po angielsku. O jakikolwiek inny nawet nie pytamy.... kilkanaście minut wystarczyło by zorientować się, że nawet prosta gestykulacja będzie nie lada wyzwaniem.
Lotnisko w HCMC jest puste, senne i na pierwszy rzut oka nic się tam nie dzieje. Kilkoro urzędników w mundurach nawiązujących do "drescodu" rodem z Rosji radzieckiej decyduje, kto dostanie wizę, a kto nie.
Nam się udało.
Tuż przed budynkiem tłoczy się rzesza ludzi, którzy bez ważnego biletu na teren lotniska nie wejdą. Taksówkarze nawołują, kolejni urzędnicy w mundurach uważnie odprowadzają Cię wzrokiem do taksówki. Ważne, byś dotarł tam, gdzie zadeklarowałeś w podaniu o wizę. W przypadku, gdy zmienisz zdanie to czeka cię... no właśnie, co?
Żar sprawia, że chce się uciec stąd natychmiast. Tysiące motorowerzystów w maskach chroniących przed kurzem i słońcem używa klaksonu z ogromną częstotliwością. Każdy manewr jest poprzedzony głośnym sygnałem, tak na wszelki wypadek. Czerwone światła nie obowiązują, a przejście pieszego przez jezdnię przypomina grę w żabki na Commodore 64.
Wietnamczycy na swoich motorkach potrafią przewieźć wszystko. Dostawę rybek akwariowych, bale sprasowanego siana dla zwierząt, rusztowanie z babusa a nawet nową szybę do okna...
No to jedziemy. Jesteśmy biali, jesteśmy gwiazdami. Nie sposób opędzić się od wzroku zdradzającego co najmniej zaciekawienie. Staramy się nie przykuwać uwagi, jakoś "wtopić " się w tłum. Słońce to okrutna gwiazda, Zaczynamy znikać. Po prostu. Jak kropla wody na blasze rozpalonego pieca. Plecaki wbijają nas w ziemię.
Rodzina Quini czeka, więc musimy wycisnąć nieco więcej energii, by się przywitać.
O tym jak gości wietnamska rodzina możecie przeczytać TUTAJ >> doskonała kuchnia, na przekąskę świeże owoce, uśmiech, serdeczność, pomimo bariery językowej... póki co, Wietnam łaskawy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)





























