Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kambodża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kambodża. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 grudnia 2012

Jestem Bogiem, wyobraźcie to sobie...


Dawno, dawno temu khmerski król obwieścił ciemnemu ludowi, że jest Bogiem. Surjawarman II tak bardzo się zidentyfikował z bóstwem Wisznu, że postanowił jemu, jak i sobie wybudować miasto-świątynię (rozbudowa kompleksu była kontynuowana przez kolejnych władców). Tak zaczęła się historia średniowiecznego miasta w dżungli...


Do kompleksu Angkor z Siem Reap można się dostać tuk-tukiem, lub wypożyczonym rowerem. Turystom mówi się, że warto przybyć do pierwszego obiektu tuż przed wschodem. Wówczas zapaleni fotografowie mają okazję do zrobienia zdjęć na kształt tych, które są zamieszczane w każdym przewodniku i na każdej pocztówce. Jednak pierwszą rzeczą, na którą zwróciliśmy uwagę, to to, że żadne zdjęcie, które do tej pory widzieliśmy, nie oddawało potęgi i rozmachu kompleksu budowli.


Wybraliśmy rowery i z latarką w ręku tuż przed świtem ruszyliśmy w 30-kilometrową podróż. Wschód Słońca nad Angkor Wat rzeczywiście zachwyca. Jednak niewiele osób zwróciło uwagę, na dźwięki dochodzące z dżungli. Wysoki, jednostajny ton - brzmiący jak włączony alarm towarzyszył nam do końca długiego dnia. Monotonia tego dźwięku nieco przerażała. Nierealność jego brzmienia sprawiała, że balansowaliśmy na granicy halucynacji słuchowej.



Kolejne kilometry w pełnym Słońcu z ograniczonymi zasobami wody sprawiały, że powoli zbliżaliśmy się do mistycznej granicy, jaką osiągają pielgrzymi. Wyobraźnia zaczyna pracować; Po piaszczystych drogach pomiędzy świątyniami mieszkańcy wiodą życie dyktowane wschodami i zachodami Słońca oraz edyktami wydawanymi przez władców-bogów. Kościste bydło zjada ostatnie kępki wysuszonej trawy, niesforne małpy skaczą po gałęziach, grupka półnagich mężczyzn z kijami wchodzi w gęstwinę, by rozpocząć polowanie.


Pod koniec dnia wszyscy zbierają się przy kamiennych monumentach, by w świetle pochodni oddawać cześć swojemu władcy. Z tego mirażu wyobraźni wyrywa nas niezwykle przyziemne zdarzenie. W środku dżungli, jedna z opon kapituluje. Jesteśmy w pułapce Angkor, które nie chce nas wypuścić ze swoich objęć. Nie mamy wyjścia, zaczynamy wielokilometrowy spacer do ostatniego miejsca, gdzie widzieliśmy ludzi. Może ktoś nam pomoże i przed zmrokiem zdołamy wrócić do cywilizacji.


Dżungla i średniowieczne mury zaczynają do nas mówić słowami, których nie jesteśmy w stanie powtórzyć. Zaczynamy doświadczać dziwnego rodzaju przyciągania, coś na kształt tolkienowskiego pożądania posiadania pierścienia. W oparach rozgrzanego powietrza na horyzoncie majaczy obraz drewnianego baraku z blaszanym daszkiem. Zakonserwowany Słońcem i kurzem mężczyzna bez zębów i koszulki mocuje się z kołem motocykla. Pomimo, że jest między nami ogromna bariera językowa mężczyzna nie ma problemu z rzuceniem nam ceny za naprawę. Albo płacimy, albo zostaniemy tu na zawsze...


Nie tylko wielkość świątyń nas onieśmiela. Każdy centymetr kwadratowy murów został pieczołowicie dopieszczony przez artystów-budowniczych, którzy w twardym kamieniu ryli teksty modlitw i podobizny bóstw. Wieki nadały im ostateczny kształt, woda i zacieki kolor, a potężne drzewa wrosły korzeniami w szczeliny. Dorota pochyla się nad każdym odcieniem i fakturą. Każdy następny fragment świątyń to dla niej kolejny obraz, kolejna kompozycja, której nie powstydziłby się (podobno) żaden niderlandzki pędzel.




Kompleks Angkor jest poważnym źródłem dochodu z ruchu turystycznego, jednak utrzymanie wszystkich obiektów jest niezwykle kosztowne - dlatego też każda ze świątyń jest współfinansowana z funduszy bogatszych krajów: Japonii, Chin, Australii... Prawo do wizerunku Angkor Wat zachowała jednak Kambodża, która zarys budowli umieściła na swojej fladze.


wtorek, 27 listopada 2012

Kambodża za "one dolar"

   Do Kambodży ściągają turyści głównie z Europy. Niemcy, Hiszpanie i inni, który są nieco bardziej zainteresowani zwiedzaniem, niż leżeniem na tajlandzkiej plaży kwaterują się w Siem Reap. Wiele białych, kobiet w sile wieku z poznanymi w Tajlandii partnerkami spędza tu wakacje. Przy miseczkach smażonego ryżu i chłodnym piwie dni mijają powoli. W restauracjach i pubach obsługują nastolatkowie z zamglonymi oczyma i piskliwym śmiechu, ich matki masują stopy turystom za dolara a ojcowie jeżdżą tuk-tukami. No właśnie, nie da się pominąć wątku o tuk-tukach opowiadając o wyprawie do państwa Khmerów.   


Oto kraj, którego kultura i sztuka jest niezwykle istotna dla światowego dziedzictwa. Kraj, który na przestrzeni wieków przechodził metamorfozy - od rozkwitu i religijnego imperium przez uwikłanie w wojny sąsiadów, aż po wewnętrzne zamieszki i walki. Dżungla, kuchnia Khmerów i sympatyczne wrażenia sprawiają, że ruch turystyczny to znaczące źródło dochodów tego państwa.
Do Kambodży przedostaliśmy się z Tajlandii. Już na granicy zostaliśmy dokładnie sprawdzeni. Odciski palców, zdjęcie automatyczną kamerką przy okienku. Urzędnicy siedzieli w blaszanym baraku, w którym było gorąco jak w piekarniku. Na środku tego "biura" rosło... drzewo, które jak peryskop wyglądało przez dach. To była tylko przygrywka. Jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy, że drzewa w tym kraju będą robiły na nas tak ogromne wrażenie.  



Miły facet, schludnie ubrany, który biegle mówi po angielsku jest naszym przewodnikiem-opiekunem. On jest odpowiedzialny za dostarczenie nas do miejsca przeznaczenia. Biali z otwartymi buziami łykają każdą bajkę, którą im sprzeda. - Teraz dojedziemy na dworzec, gdzie będziecie mieli przesiadkę. Nie wiadomo kiedy dokładnie przyjedzie wasz autobus. Za dodatkowe 400 tajlandzkich batów taxi, lub klimatyzowany busik dowiezie was pod wskazany hotel. Po przyjeździe do Siem Reap nie będziecie musieli dopłacać za tuk-tuka. Prawie wszyscy podnoszą rękę. Przewodnik inkasuje banknoty i przykleja wszystkim nalepki w literkami T - jak taxi, V - jak van. Tylko dwie blade twarze nie chcą dopłacać. Przewodnik przekonuje, że na dworcu możemy czekać nawet 3 godziny, potem jeszcze czeka nas 3-godzinna podróż i na miejsce dojedziemy o zmroku, trudno nam będzie znaleźć nocleg i takie tam.


"Noł, fenkju" po raz trzeci, lub czwarty sprawia, że z jego twarzy zniknął sztuczny wyraz zatroskania o los podróżnego, a pojawił się grymas niezadowolenia z powodu kasy, na którą próbował nas naciągnąć. Blade twarze z nalepkami wesoło pakują plecaki do pojazdów. Trzaskają drzwiami i odjeżdżają. Za 2 godziny wysiądą w Siem Reap myśląc, że ubili niezły interes. My rozsiedliśmy się na dworcu, zdążyliśmy rozejrzeć się dookoła, gdy nagle podjechał autobus. Klimatyzacja, rozkładane fotele, cały pojazd dla nas. 


Po relaksującej podróży wysiedliśmy na dworcu. - Tak naprawdę tuk-tuka mieliście w cenie biletu - mówi mężczyzna, który pomaga nam przenieść bagaże na swój minimotorek z przyczepką dla pasażerów, która prawdopodobnie łamie wszystkie europejskie przepisy o bezpieczeństwie w ruchu drogowym. To, gdzie nas zawiezie zależy od ceny, jaką jesteśmy w stanie zapłacić za pokój. Przewoźnicy z dworca też mają swój sposób na zarobek. Mówią przyjezdnym, że przewóz jest darmowy, ale nie dodają, że są umówieni z właścicielami kilku droższych i kilku tańszych przybytków noclegowych.   


Przewodniki informują o tym, że  Kambodża jest stosunkowo tanim krajem do podróżowania. Po kilku pierwszych godzinach zdajemy sobie sprawę, że turyści są tu źródłem niejednej dniówki ulicznych krętaczy, oszustów i 10-letnich dzieci sprzedających widokówki.        




Kompleks świątyń Angkor jest żyłą pieniędzy dla położonego niedaleko miasteczka Siem Reap. Nocny targ, srebro, bambusowe pierdółki z wizerunkiem Buddy - wszystko na sprzedaż. Poza tym kurz, palące słońce i kierowcy tuk-tuków, którzy reklamują na każdym kroku swoje usługi. Ceny? Oczywiście w dolarach, kto by się przejmował rielami - miejscową walutą, której najniższe nominały są mniej warte niż papier, na którym zostały wydrukowane.      


Czerwona ziemia. jest dla nas tym, czym śnieg byłby dla miejscowych. Nie możemy się nadziwić kolorom i kompozycjom, które buduje przyroda. Buduje, to zbyt wielkie słowo, bo malarskość kadrów niemalże w każdym zakątku po prostu istnieje. Gdzie są malarze, gdzie poeci? 


Dżungla - to jest coś, co robi wrażenie w Kambodży. Gęstwina roślin, małpki, które potrafią bezczelnie porwać plecak i rosnące jak chwasty konopie, które palą miejscowi. Poza tym dźwięki dochodzące spośród palm i krzaków niemal hipnotyzują. W dzień słychać głośny świst o wysokiej częstotliwości - jakby milion świerszczy stroiło jednocześnie instrumenty. W nocy przedziwne dla naszych uszu pohukiwania, burknięcia i bzyczenie. 



Już po kilku dniach jesteśmy zmęczeni ciągłym zagadywaniem ludzi żyjących z turystyki. Pytanie o to jak się mamy i skąd przybyliśmy jest dla nich pretekstem do zaoferowania swoich usług. Wiklinowe leżanki na podwórkach hoteli są kurtyną, za którą stoją rozpadające się domki blaszanymi daszkami, dziećmi biegającymi bez butów po klepisku. Dziećmi, które wesoło machają w naszym kierunku...