Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niebo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niebo. Pokaż wszystkie posty
sobota, 27 stycznia 2018
poniedziałek, 21 marca 2016
w baku pusto, w kieszeni pusto, w głowie pełno marzeń
Stoję z D. w samym środku niczego. Dojechanie tutaj, czyli do centrum kontynentu i pustyni zarazem chyba było naszym niewypowiedzianym marzeniem. Na horyzoncie jeden punkt, który przyciąga uwagę. To miejsce oddalone o kilkadziesiąt kilometrów, gdzie zbiegają się linie drogi. Cicho i spokojnie, jakby ktoś nacisnął pauzę. Wieczną pauzę. Jest jak w Discovery Channel, z tym, że nikt nas nie ogląda. Nie mam też pilota w ręku, nie zmienię kanału jak mi się znudzi...
Labels:
australijska wieś,
far from Sydney,
Great Ocean Road,
inspiracje,
kolory,
miejsca,
natura,
niebo,
Outback,
podróż,
przyroda,
pustynia,
Road Trip,
Uluru
poniedziałek, 26 stycznia 2015
1770
Może nie w każdej podróży tak jest. W tej tak było, że było rozczarowanie. Rozczarowanie pewnym miejscem.
1770* ta tajemnicza nazwa, malutkiego miasta przyciąga jak magnes. Przyciągała też nas. Zaledwie 60 km na północ od Awoonga Lake, grzech nie jechać.środa, 21 stycznia 2015
my też nie wiedzieliśmy.........
niedziela, 30 listopada 2014
Najfajniejsze plaże to, te ukryte!
Rzeczywistość wciągnęła nas z butami. Nawet nie zauważyliśmy, jak bardzo. Dlatego też szybkie hasło przed weekendem rozpaliło nasze głowy na nowo. A może kierunek Jervis Bay?
piątek, 10 października 2014
wtorek, 16 września 2014
wind and kites.... to celebrate the start of spring
wtorek, 22 lipca 2014
one for you.. (part I)
Jedno piaszczyste, typowo nadmorskie, wietrzne. Pełne mew i krabów. O bogactwie ryb świadczy tabliczka na moście i rybak, który co chwila wyciąga jakiś głębinowy okaz.
Popołudniowe słońce wygląda tu obłędnie. Zasiadamy na chwile na kawałku trawy. D. wyciąga termos i toblerone.
Jest pięknie, ale czujemy niedosyt.
czwartek, 15 maja 2014
piekielnie
Są takie zjawiska przyrody przy których komentarz jest zbędny. *
*Mt Yasur - aktywny wulkan położony we wschodniej części wyspy Tanna (Vanuatu). Wysokość wulkanu to zaledwie 361 m n.p.m, dlatego też, stał się najbardziej dostępnym, spośród wszystkich czynnych wulkanów na świecie. Szerokość krateru to 400 metrów. Wulkanicznie erupcje pojawiają się co kilka, kilkanaście minut. Najaktywniejszy jest nocą. Od 2010 roku zaobserwowano znaczny wzrost aktywności wulkanu. Na wulkan można wejść samemu o każdej porze dnia i nocy, nie potrzeba przewodnika. Wejście płatne: pierwsze wejście cała suma- 3350 vatów, drugie wejście połowa tej ceny, trzecie ćwierć, czwarte wejście jest za darmo.
poniedziałek, 12 maja 2014
Chodźmy w dym
Od czasu, gdy weszliśmy na wygasły wulkan Tongariro w Nowej Zelandii odkryliśmy nową fascynację, która w Polsce nawet nie przyszłaby nam do głowy. Dlaczego wulkany? Pewnie dlatego, że zwykle znajdują się daleko od osad ludzkich i nikt przypadkowy się na nich nie kręci. Najdłużej aktywny wulkan na świecie, Mt. Yassur na Tannie, na Vanuatu. Oto potwór, który nas zaczarował.
Przeprawa na własną rękę po zmroku na drugą stronę wyspy jest niemożliwa. Tylko miejscowi wiedzą którędy biegnie droga. Tylko miejscowi widzą w ciemności. Zrobiło się nerwowo. D., która wciąż twierdzi, że znam wszystkie języki świata, poradziła bym spróbował wynająć kierowcę.
Obcokrajowiec szukający podwózki jest nietypowym widokiem na Tannie. Z walutą w kieszeni, skazany na łaskę przypadkowych miejscowych czułem się jak gołąb na strzelnicy. Nasz umówiony człowiek się nie zjawił, więc byłem zmuszony rozpocząć negocjacje. Niewątpliwie byliśmy lokalną sensacją, o której będą mówić wieczorem swoim żonom przy porcji lap lap (o lap lap TUTAJ >> ) Gdy omówiłem wstępne warunki z przedstawicielem grupy mężczyzn przyszedł czas na rozmowę z wyznaczonym kierowcą na temat ceny. Tu zaczął się negocjacyjny dramat. Każdy chciał uczestniczyć w ubijaniu ceny. Ja sam, gdzieś w dali D. pilnująca plecaków i 30 miejscowych. Nie mieliśmy wielkich szans. Musieliśmy przystać na ich warunki.
Mężczyzna w piłkarskiej koszulce reprezentacji Francji z zamglonymi oczami od nadmiaru kavy, przyszedł się przedstawić. Jeszcze w życiu nie spotkałem tak nieśmiałego człowieka. David ze wzrokiem wbitym w ziemię zapakował nasze plecaki na samochód. D. usiadła w kabinie, ja pośród miejscowych na przyczepce, z tyłu.
Z każdym kilometrem nieśmiałość naszego kierowcy znikała i stawał się mniej małomówny, z każdym kilometrem gdy zapuszczaliśmy się w głąb dżungli w kierunku wulkanu Yasur, wyspa zaczęła nas hipnotyzować.
Do osady przybyliśmy już po zmroku. Trudno było się zorientować, gdzie tak naprawdę jesteśmy. Absolutna ciemność i cisza przerywana dźwiękiem grzmotu dochodzącego z nieba. Zeskakując z przyczepy samochodu wbiłem się piętami w czarny, aksamitnie miękki pył. Poczuliśmy jego zapach. Kilka chwil później w samym sercu ciemnej dżungli, u stóp Mt Yasur, leżałem z D. pod dachem z zeschniętych liści bananowca. Dziurawa moskitiera przyklejała się do spoconych ciał. W ustach dziwny posmak.... D. w świetle bladej latarki zapisywała ostatnie zdanie w naszym podróżnym pamiętniku. Złowieszcza cisza dżungli znów przerywana przez grzmot.
Już jutro, tuż przed zachodem słońca idziemy na wulkan...
Tak wygląda jeszcze za dnia...
Jedyny kawałek asfaltu na wyspie Tanna znajduje się na pasie lądowiska przeznaczonym dla lokalnych maszyn. Przed budynkiem terminalu, który przypominał zakład skupu jagód, naliczyłem kilkanaście samochodów. Słońce lądowało na koronie dżungli. Kierowcy wrzucali bagaże na paki aut i znikali czym prędzej. Na parkingu pozostawało coraz mniej osób. Umówiony kierowca po nas nie wyjechał... Jakoś nie zdziwiło to nas bardzo. Wręcz wydało się nam to normalne, a nawet śmieszne. Tak wiele już razem przeżyliśmy, tak daleko od domu...
Obcokrajowiec szukający podwózki jest nietypowym widokiem na Tannie. Z walutą w kieszeni, skazany na łaskę przypadkowych miejscowych czułem się jak gołąb na strzelnicy. Nasz umówiony człowiek się nie zjawił, więc byłem zmuszony rozpocząć negocjacje. Niewątpliwie byliśmy lokalną sensacją, o której będą mówić wieczorem swoim żonom przy porcji lap lap (o lap lap TUTAJ >> ) Gdy omówiłem wstępne warunki z przedstawicielem grupy mężczyzn przyszedł czas na rozmowę z wyznaczonym kierowcą na temat ceny. Tu zaczął się negocjacyjny dramat. Każdy chciał uczestniczyć w ubijaniu ceny. Ja sam, gdzieś w dali D. pilnująca plecaków i 30 miejscowych. Nie mieliśmy wielkich szans. Musieliśmy przystać na ich warunki.
Mężczyzna w piłkarskiej koszulce reprezentacji Francji z zamglonymi oczami od nadmiaru kavy, przyszedł się przedstawić. Jeszcze w życiu nie spotkałem tak nieśmiałego człowieka. David ze wzrokiem wbitym w ziemię zapakował nasze plecaki na samochód. D. usiadła w kabinie, ja pośród miejscowych na przyczepce, z tyłu.
Z każdym kilometrem nieśmiałość naszego kierowcy znikała i stawał się mniej małomówny, z każdym kilometrem gdy zapuszczaliśmy się w głąb dżungli w kierunku wulkanu Yasur, wyspa zaczęła nas hipnotyzować.
Już jutro, tuż przed zachodem słońca idziemy na wulkan...
Tak wygląda jeszcze za dnia...
Potwór Yasur plujący ogniem już w następnym wpisie. Najstraszniejszy nocą...
poniedziałek, 17 marca 2014
Wild life and the City
Podobno w Sydney jest piękne ZOO.
Podobno!
Zwierzęta z buszu, lasów, pustyń i Oceanów....
Udają sąsiadów.
Turyści przychodzą, stoją w długiej kolejce, płacą za bilet, dostają mapkę, podziwiają, zwiedzają, robią zdjęcia, czytają tabliczki, dzieci hałasują, jedzą popcorn lub żelki.
Tłok, tłok, tłok, fabryka.
Odwróciliśmy się od bramy wejściowej i weszliśmy w gąszcz.
Więc pod ZOO-em sobie tylko parknęliśmy i poszliśmy pieszo.
wtorek, 29 października 2013
Niebo nad Sydney
Subskrybuj:
Posty (Atom)






.jpg)








