Stoję z D. w samym środku niczego. Dojechanie tutaj, czyli do centrum kontynentu i pustyni zarazem chyba było naszym niewypowiedzianym marzeniem. Na horyzoncie jeden punkt, który przyciąga uwagę. To miejsce oddalone o kilkadziesiąt kilometrów, gdzie zbiegają się linie drogi. Cicho i spokojnie, jakby ktoś nacisnął pauzę. Wieczną pauzę. Jest jak w Discovery Channel, z tym, że nikt nas nie ogląda. Nie mam też pilota w ręku, nie zmienię kanału jak mi się znudzi...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolory. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 21 marca 2016
poniedziałek, 29 lutego 2016
Droga na Perelandrę
Każdy szanujący się facet-podróżnik powinien umieć czytać mapę, by później zaimponować kobiecie, że wie gdzie, co i jak. Tak więc kilka godzin przed wyruszeniem w dół wybrzeża, na południe (w Australii to kierunek gdzie jest raczej zimniej) przeanalizowałem mapy, drogi dojazdu i zdjęcia satelitarne. Naszym okiem znajduje się tam miejsce, które może być wpisane na travelnautową listę najpiękniejszych miejsc do zobaczenia w Australii w 2016.
sobota, 16 maja 2015
Agra: kolos numer jeden
Fort w Agrze* to pierwsze miejsce z obowiązkowej listy nazwijmy to monumentów-budowli do zobaczenia w Indiach. Rozumiemy nieco skrępowanie podróżników, którzy wzdrygają się na myśl o fakultatywnych wycieczkach i obowiązkowych muzeach, ale coś musi być na rzeczy skoro rzesze odwiedzających przybywają tu każdego miesiąca.
piątek, 15 maja 2015
piątek, 10 kwietnia 2015
jesień
To nie prawda, że w Australii jest zawsze ciepło. Na drugiej półkuli też są pory roku: Bardzo upalne lato, upalna wiosna, umiarkowana jesień i chłodna zima.
środa, 14 stycznia 2015
opowieść wigilijna, stary człowiek i morze....
Labels:
Australia,
Coral Sea,
Great Reef Barrier,
kawa,
kolory,
Nari's beach,
national parks,
ocean,
podróż,
przyroda,
Queensland,
snorkeling,
Whitsunday Island,
Whitsundays islands,
Wielka Rafa Koralowa,
wildlife,
wyspy
niedziela, 30 listopada 2014
Najfajniejsze plaże to, te ukryte!
Rzeczywistość wciągnęła nas z butami. Nawet nie zauważyliśmy, jak bardzo. Dlatego też szybkie hasło przed weekendem rozpaliło nasze głowy na nowo. A może kierunek Jervis Bay?
sobota, 18 października 2014
into the ocean...
I wants to see it at 7am!
You'll leave me there alone! - said D. - ....and after my walk, we can meet on Tamarama beach" - her favorite in Sydney.
so we did!
piątek, 10 października 2014
wtorek, 16 września 2014
wind and kites.... to celebrate the start of spring
środa, 23 lipca 2014
środa, 9 lipca 2014
Baw Baw, czyli skok do innego stanu
Czasem granicę własnych słabości, własnych ograniczeń, wymierzonych celów...
Lubimy czasem przekraczać granice bardziej dosłownie... Granice własnego świata, granice państw, kontynentów, czy tutaj w Australii, najzwyczajniej w świecie granice stanu NSW.
Lubimy "wyskoczyć" czasem do stanu Victoria. Florą tak bardzo przypominającego świętokrzyskie lasy, pełne grzybów. W powietrzu unosi się zapach leśnego mchu...
wtorek, 10 czerwca 2014
Now you're in Sydney, concrete jungle where....
Opera, Darling Harbour, The Rocks, Sydney Harbour Bridge, wieżowce CBD.... zapraszamy na spacer po mieście.
wtorek, 20 maja 2014
Black sand beach
Czarna plaża na Tannie*.
Piasek prosto z wulkanu.
Nie mam mowy o żadnej lazurowej wodzie ani rybkach w kolorach tęczy ...
jedynie mrok, tajemniczość, czar...
Cztery godziny spaceru w temperaturze przekraczającej 40 stopni C, wilgotności powietrza sięgającej 90 procent i... ukazuje się przed nami ten cudownie mroczny krajobraz.
Wulkan dał o sobie znać na północnej części wyspy.
Piasek prosto z wulkanu.
Nie mam mowy o żadnej lazurowej wodzie ani rybkach w kolorach tęczy ...
jedynie mrok, tajemniczość, czar...
Wulkan dał o sobie znać na północnej części wyspy.
* Black Sand czyli czarny piasek to maleńkie fragmenty lawy tego oto WULKANU >>>. Powstał podczas gwałtownej interakcji gorącej lawy i wody Oceanu. Czarny piasek jest bardzo gorący. Promienie słońca nagrzewają go momentalnie.
czwartek, 15 maja 2014
piekielnie
Są takie zjawiska przyrody przy których komentarz jest zbędny. *
*Mt Yasur - aktywny wulkan położony we wschodniej części wyspy Tanna (Vanuatu). Wysokość wulkanu to zaledwie 361 m n.p.m, dlatego też, stał się najbardziej dostępnym, spośród wszystkich czynnych wulkanów na świecie. Szerokość krateru to 400 metrów. Wulkanicznie erupcje pojawiają się co kilka, kilkanaście minut. Najaktywniejszy jest nocą. Od 2010 roku zaobserwowano znaczny wzrost aktywności wulkanu. Na wulkan można wejść samemu o każdej porze dnia i nocy, nie potrzeba przewodnika. Wejście płatne: pierwsze wejście cała suma- 3350 vatów, drugie wejście połowa tej ceny, trzecie ćwierć, czwarte wejście jest za darmo.
poniedziałek, 12 maja 2014
Chodźmy w dym
Od czasu, gdy weszliśmy na wygasły wulkan Tongariro w Nowej Zelandii odkryliśmy nową fascynację, która w Polsce nawet nie przyszłaby nam do głowy. Dlaczego wulkany? Pewnie dlatego, że zwykle znajdują się daleko od osad ludzkich i nikt przypadkowy się na nich nie kręci. Najdłużej aktywny wulkan na świecie, Mt. Yassur na Tannie, na Vanuatu. Oto potwór, który nas zaczarował.
Przeprawa na własną rękę po zmroku na drugą stronę wyspy jest niemożliwa. Tylko miejscowi wiedzą którędy biegnie droga. Tylko miejscowi widzą w ciemności. Zrobiło się nerwowo. D., która wciąż twierdzi, że znam wszystkie języki świata, poradziła bym spróbował wynająć kierowcę.
Obcokrajowiec szukający podwózki jest nietypowym widokiem na Tannie. Z walutą w kieszeni, skazany na łaskę przypadkowych miejscowych czułem się jak gołąb na strzelnicy. Nasz umówiony człowiek się nie zjawił, więc byłem zmuszony rozpocząć negocjacje. Niewątpliwie byliśmy lokalną sensacją, o której będą mówić wieczorem swoim żonom przy porcji lap lap (o lap lap TUTAJ >> ) Gdy omówiłem wstępne warunki z przedstawicielem grupy mężczyzn przyszedł czas na rozmowę z wyznaczonym kierowcą na temat ceny. Tu zaczął się negocjacyjny dramat. Każdy chciał uczestniczyć w ubijaniu ceny. Ja sam, gdzieś w dali D. pilnująca plecaków i 30 miejscowych. Nie mieliśmy wielkich szans. Musieliśmy przystać na ich warunki.
Mężczyzna w piłkarskiej koszulce reprezentacji Francji z zamglonymi oczami od nadmiaru kavy, przyszedł się przedstawić. Jeszcze w życiu nie spotkałem tak nieśmiałego człowieka. David ze wzrokiem wbitym w ziemię zapakował nasze plecaki na samochód. D. usiadła w kabinie, ja pośród miejscowych na przyczepce, z tyłu.
Z każdym kilometrem nieśmiałość naszego kierowcy znikała i stawał się mniej małomówny, z każdym kilometrem gdy zapuszczaliśmy się w głąb dżungli w kierunku wulkanu Yasur, wyspa zaczęła nas hipnotyzować.
Do osady przybyliśmy już po zmroku. Trudno było się zorientować, gdzie tak naprawdę jesteśmy. Absolutna ciemność i cisza przerywana dźwiękiem grzmotu dochodzącego z nieba. Zeskakując z przyczepy samochodu wbiłem się piętami w czarny, aksamitnie miękki pył. Poczuliśmy jego zapach. Kilka chwil później w samym sercu ciemnej dżungli, u stóp Mt Yasur, leżałem z D. pod dachem z zeschniętych liści bananowca. Dziurawa moskitiera przyklejała się do spoconych ciał. W ustach dziwny posmak.... D. w świetle bladej latarki zapisywała ostatnie zdanie w naszym podróżnym pamiętniku. Złowieszcza cisza dżungli znów przerywana przez grzmot.
Już jutro, tuż przed zachodem słońca idziemy na wulkan...
Tak wygląda jeszcze za dnia...
Jedyny kawałek asfaltu na wyspie Tanna znajduje się na pasie lądowiska przeznaczonym dla lokalnych maszyn. Przed budynkiem terminalu, który przypominał zakład skupu jagód, naliczyłem kilkanaście samochodów. Słońce lądowało na koronie dżungli. Kierowcy wrzucali bagaże na paki aut i znikali czym prędzej. Na parkingu pozostawało coraz mniej osób. Umówiony kierowca po nas nie wyjechał... Jakoś nie zdziwiło to nas bardzo. Wręcz wydało się nam to normalne, a nawet śmieszne. Tak wiele już razem przeżyliśmy, tak daleko od domu...
Obcokrajowiec szukający podwózki jest nietypowym widokiem na Tannie. Z walutą w kieszeni, skazany na łaskę przypadkowych miejscowych czułem się jak gołąb na strzelnicy. Nasz umówiony człowiek się nie zjawił, więc byłem zmuszony rozpocząć negocjacje. Niewątpliwie byliśmy lokalną sensacją, o której będą mówić wieczorem swoim żonom przy porcji lap lap (o lap lap TUTAJ >> ) Gdy omówiłem wstępne warunki z przedstawicielem grupy mężczyzn przyszedł czas na rozmowę z wyznaczonym kierowcą na temat ceny. Tu zaczął się negocjacyjny dramat. Każdy chciał uczestniczyć w ubijaniu ceny. Ja sam, gdzieś w dali D. pilnująca plecaków i 30 miejscowych. Nie mieliśmy wielkich szans. Musieliśmy przystać na ich warunki.
Mężczyzna w piłkarskiej koszulce reprezentacji Francji z zamglonymi oczami od nadmiaru kavy, przyszedł się przedstawić. Jeszcze w życiu nie spotkałem tak nieśmiałego człowieka. David ze wzrokiem wbitym w ziemię zapakował nasze plecaki na samochód. D. usiadła w kabinie, ja pośród miejscowych na przyczepce, z tyłu.
Z każdym kilometrem nieśmiałość naszego kierowcy znikała i stawał się mniej małomówny, z każdym kilometrem gdy zapuszczaliśmy się w głąb dżungli w kierunku wulkanu Yasur, wyspa zaczęła nas hipnotyzować.
Już jutro, tuż przed zachodem słońca idziemy na wulkan...
Tak wygląda jeszcze za dnia...
Potwór Yasur plujący ogniem już w następnym wpisie. Najstraszniejszy nocą...
czwartek, 17 kwietnia 2014
It's looks like... Zanzibar
Opętani mitami szukamy obrazów,
smaków i zapachów, które sprawą, że wyimaginowany klucz trafi do
odpowiedniej dziurki. Po usłyszeniu kilku klików klucz się obróci
otwierając pudełeczko schowane głęboko w głowie. Blue Lagoon na
fijijskiej wyspie XXX było kluczem, który otworzył pudełko z
napisem... Zanzibar.
Od momentu, gdy postawiliśmy stopy na
kredowo-aksamitnym piasku, po ostatnią chwilę, gdy żegnaliśmy
wyspę kładącą się spać za horyzontem – nie mogliśmy odeprzeć
wrażenia, że jesteśmy na Zanzibarze. Na Zanzibarze, w którym
jeszcze nie byliśmy.
Rozsypująca się szopa, kilka krzeseł,
stoliki, suchy ryż i trochę sosu, który przygotowała Emma. Tu nie
ma przywilejów. Jemy to, co nasi gospodarze. Jemy to, co jest
dostępne w kuchni. Kobieta w wieku, który niezwykle trudno
określić. Przyglądała się nam z ogromną ciekawością chwiejąc
się nieco z prawej do lewej. Mówiła bardzo wolno i długo
wypowiadała każdy wyraz. Do tego szczególna mimika twarzy, białe
zęby i białe białka oczu. Nie mogłem odeprzeć wrażenia, że
nasza gospodyni jest na głębokim, heroinowym haju. Dopiero kilka
następnych dni i baczne obserwacje D. przyniosły odpowiedź.
Szczególne zachowanie Emmy wynikało z różnic kulturowych,
nieśmiałości i wstydu w kontaktach z białym człowiekiem.
W drzwiach kuchni pojawił się jej
mąż. Facet być może w moim wieku wyglądał na bardziej
oswojonego z rzeczywistością. Po krótkim powitaniu zapytał; -
Łowisz? Jeśli tak, to jutro ruszamy w morze, może będziemy mieli
szczęście i złapiemy coś na obiad.
Domek, w którym zamieszkaliśmy był
najprostszym przybytkiem, w jakim przyszło nam spać w ciągu
naszych dotychczasowych podróży. Ściany z liści palmy, łóżko
i dziurawa moskitiera. O prądzie nie ma mowy, prysznic i pitna woda
tylko wtedy, gdy łaskawy deszcz napełni zbiorniki.
Jaskrawość światła w tym miejscu
jest dojmująca. Wdziera się przez oczy do głowy i nie daje
spokoju. Natężenie promieni sprawia, że w dziwny sposób czujemy
się pijani.
Brak prądu i bieżącej wody sprawił,
że szybko weszliśmy w rytm życia naszych gospodarzy. Dnia mamy
tyle, ile Słońce da nam światła. Jedyną rzeczą, jaką można
robić po zachodzie to liczenie gwiazd i słuchanie flirtujących z
nami fal Pacyfiku. Rytm! Odnajduję wreszcie rytm wyspy. Poczułem
jakby brakujące słowo do krzyżówki odkleiło mi się z końcówki
języka. Rytm!
Nawet kraby pod naszymi stopami zdają
się stepować w tym rytmie. Stepujące kraby na fijijskiej wyspie,
która przypomina nam Zanzibar, na którym nigdy nie byliśmy... Czy
chcę o tym porozmawiać z lekarzem? Myślę, że mojemu lekarzowi
nie powiedzieli na uniwersytetach, jakie tabletki przepisać...
Niepewnym krokiem ruszyliśmy w głąb
wyspy. - A to się wybrali mieszczuchy w dżunglę, już ja wam
pokażę – śmieje się nad głowami Słońce. Prawy japonek D.
wszedł w sojusz ze Słońcem i pękł w połowie szlaku. Każdy
cwaniak z miasta, który ogląda Discovery byłby w stanie naprawić
but swojej kobiety. Niestety żadne źdźbło trawy nie jest
wystarczająco mocne. D. z dezaprobatą wypomina mi bezradność,
bezradność wobec malezyjskich pijawek w Taman Negara i wszystkie
inne moje bezradności. Dalszą trasę postanawia iść boso.
Jak dzieciom z Lourdes ukazał nam się
cud. Może ten mniej boski, ale niemniej otaczany przez nas kultem i
uwielbieniem – oto szopa z tablicą OPEN. Podchodzimy bliżej i na
kolejnej tablicy napis Cafe. Kawiarnia w środku dziczy! – toż to
musi być diabelski spisek, zbyt piękne to, by to było prawdziwe.
Jako ambasadorzy kawy wkraczamy odważnie w ciemne czeluści drewnianej szopy. Za ladą archetypiczna kobieta z filmu Felliniego. Zza spódnicy nieśmiało wygląda dziecko. Ogromne, uśmiechnięte usta witają nas w zabawnym akcencie – hello my friends! Wydaje się, że kobieca dobroć wszech czasów skupiła się właśnie w jej dłoniach. Zza pasa kuchennego fartucha wyciągnęła ścierkę, którą przetarła ladę.
- Bez mleka, bez cukru – prosimy.
Spojrzała na nas podejrzliwie. Po chwili podejrzliwość znikła.
Pewnie wytłumaczyła sobie, że my, przyjezdni, mamy różne
zboczenia. Podano czarną.
O kawo! Tyś naszym wybawieniem od
miałkości żywota naszego. Tyś ukojeniem serc spragnionych
naszych. Tfu!!! Prawie parsknąłem na podłogę. W głowach zaczęły
nam się układać pierwsze wersy listu zaadresowanego do ministra
ds. kawy na Fiji. „Z ogromnym oburzeniem chcielibyśmy zawiadomić,
że kawa podana tu i tu, o tej i o tej godzinie, była poniżej
wszelkich smakowych standardów. Jako niezwykle słaba nie powinna
być serwowana nawet niemowlakom. Podpisano M. i D. (niepotrzebne
skreślić).”
Ta myśl trwała tylko sekundę. Przełknąłem płyn. Otworzyłem oczy i nagle zmęczenie odeszło. Siedząc na jednej z najpiękniejszych plaż świata pijąc jedną z najgorszych kaw świata zanosiliśmy się śmiechem. W tej chwili spoglądając na D. gdzieś ukradkiem pomyślałem jak bardzo jestem szczęśliwy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


.jpg)






.jpg)





















