Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filipiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filipiny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 stycznia 2013

Ostatnia azjatycka stolica




Nawet taksówkarz miał problem, by znaleźć dom Angeli. "Zapytajcie o mnie w dzielnicy, to wszyscy wam wskażą mój dom" - powiedziała przez telefon.  Gdy wysiadaliśmy z samochodu czuliśmy wzrok jej sąsiadów. Tu, na wąskiej ulicy nie ma tajemnic. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że Wigilię Bożego Narodzenia w najbardziej katolickim kraju w Azji przyjdzie nam spędzić w towarzystwie nie-katolików.



Angela i jej bardzo sympatyczna mama Nora przyjęły nas jak członków rodziny. Wiedząc, że ten dzień w naszym kraju jest obchodzony w sposób szczególny, postanowiły przygotować świąteczną kolację. Ich otwartość i chęć poznania ludzi z dalekich krajów po prostu nas urzekły.



Mimo brudnych i hałaśliwych ulic, Manila zawsze będzie się nam kojarzyła z ludźmi. Otwartymi i szczerymi, wśród których czuliśmy się swobodnie. Anton - człowiek o wielkim sercu, który wraz z żoną, byli dla nas przewodnikami po filipińskich smakach. Do momentu spotkania z nimi nie wiedziałem, że Polacy i Filipińczycy mają tak wiele wspólnego. Manila to przede wszystkim ludzie. Samo miasto jest jak labirynt bez planu, w którym gubią się nawet miejscowi.





niedziela, 6 stycznia 2013

Odkryliśmy sto wysp

Tym razem Dorota wskazała palcem na niebieskie miejsce z kropeczkami. Nazwa Hundred Island przyciągnęła naszą uwagę. Poszukując informacji na temat tego miejsca nie znaleźliśmy prawie nic. Przewodniki milczały, więc tym bardziej zapragnęliśmy zobaczyć wyspiarski raj tuż przy filipińskim wybrzeżu.


Kilka godzin po tym, jak zdecydowaliśmy się ruszyć w nieznane siedzieliśmy w autobusie do Dagupan. Ta średniej wielkości miejscowość jest stolicą lokalnych mediów oraz mekką dla amatorów Milkfish. Ryba przyrządzona na grillu, wypełniona trawą cytrynową i liśćmi bananowca zdążyła już podbić nasze serca, więc z podjęciem decyzji nie mieliśmy problemów. O tym, jak smakuje milkfish >>
Późnym popołudniem dotarliśmy do Dagupan, gdzie znów miejski gwar, tak specyficzny na Filipinach, dał o sobie znać. Szybka przesiadka do rozklekotanego autobusu w kierunku Alaminos i byliśmy na właściwej drodze.


Po prawej stronie ogromne fale rozbijały się o brzeg, po lewej hodowlane zbiorniki wodne, które są powodem dumy lokalnej społeczności. Na kilka godzin przed końcem roku staliśmy przy kościele w miasteczku, w którym ludzie w ostatniej chwili zaopatrywali się w petardy. Po dotarciu na wybrzeże było już ciemno. Pozostało nam otworzyć wino wiezione przez całe Filipiny, by wznieść toast za następne podróże w kolejnym roku. Dopiero mieliśmy się przekonać jak pięknie wygląda rybacka osada o wschodzie Słońca.



Do wyboru świeży tuńczyk, milkfish lub tilapia w marynacie octowej z ryżem i sokiem z limonki to obowiązkowe śniadanie w tej osadzie. Uwielbiamy ryby więc skusiliśmy się na wszystkie trzy rodzaje. Nie jesteśmy w stanie wskazać faworyta.


Zaraz potem dobiliśmy targu z właścicielem łodzi, który zgodził się być naszym przewoźnikiem w kierunku wysepek. Gdy się do nich zbliżaliśmy okazało się, że w ciemnej masie, którą można było dostrzec z brzegu zawierają się dziesiątki bezludnych wysepek.




Oto nowy rodzaj wolności, jakiej do tej pory nie doświadczyliśmy. Wybraliśmy sobie wysepkę, na której postanowiliśmy spędzić Nowy Rok. Poczuliśmy się jak Robinsonowie. Szum fal, wiatr, ptaki i tylko my...


Hundred Islands National Park to obszar w rejonie prowincji Pangasian, słynący z dziesiątek bezludnych, dzikich wysp oraz niezwykle atrakcyjnych miejsc dla nurków i wędkarzy.        

piątek, 4 stycznia 2013

Proszę Pani, kto by pomyślał....


Był jesienny, deszczowy poranek. Chwilę po pierwszym dzwonku z podwiniętymi palcami w mokrych skarpetkach rachowałem szanse na to, że moje nazwisko przerwie jednostajne bzyczenie lamp rozświetlających klasę. Za plecami Pani Żaby w peruce czekała mapa fizyczna świata. Za chwilę Żaba wylosuje numerek z dziennika. Jeśli wylosuje trzynastkę, to będę w kłopotach. Rów Mariański, Góry Smocze, klimat w RPA, czy Kordyliera Centralna? No właśnie, Kordyliera...


Scenka "lekcja geografii" wróciła  po kilkunastu latach jak smak zapomnianych lodów z dzieciństwa, podczas studiowania kolejnej mapy. Od jakiegoś czasu bardziej ufamy własnym wyborom niż przewodnikom. Dorota wskazuje  palcem miejsce i po prostu tam jedziemy. Tym razem była to mapa Filipin, które zwykle kojarzą się z plażami. My filipińską przygodę zaczęliśmy więc od gór w północnej części Luzonu.


Górale z Luzonu to lud znany z obcinania głów, czym się parał jeszcze 60 lat temu. Nawet podczas okupacji japońskiej dali się poznać, jako niezłomni wojownicy. Niska, przysadzista postać z podniesioną maczetą była najstraszniejszym koszmarem, lub ostatnim widokiem jaki mógł zobaczyć japoński żołnierz przed śmiercią. Górale z północnego Luzonu obcinali głowy niemal "na śniadanie". Mężczyzna nie mógł posiąść kobiety, nim nie obciął komuś głowy. Do dziś w niektórych wsiach jedzą psie mięso które pozwala zachować energię.


Tom był pierwszym człowiekiem jakiego spotkaliśmy w paśmie Kordyliery Centralnej. Doświadczyliśmy niepokojącego uczucia, gdy zobaczyliśmy prawie bezzębne dziąsła tego chłopaka w naszym wieku. Od czerwonej miazgi tytoniowej, którą ciągle spluwają ich usta wyglądają, jakby przed chwilą pili krew. Tom udzielił nam kilku wskazówek na temat Ryżowych Tarasów w Banaue i Batad oraz ogólnych zasad poruszania się po ich górach. Udając się w kierunku bazy kwaterunkowej miałem nieodparte wrażenie, że Tom, potomek obcinaczy głów, dobędzie noża i zafunduje sobie dwie nowe głowy. Tym razem z Polski.


Poranek w Banaue zapowiadał się obiecująco. Słońce nieśmiało przebijało się przez chmury. Próbowaliśmy wykorzystać promienie, by wysuszyć nieco zawilgocone buty przed wyprawą w góry. Spakowaliśmy ekwipunek i ruszyliśmy na szlak z Banaue do Batad - wsi położonej 1100 m. n. p. m., do której nie prowadzi żadna przejezdna droga.



Widoki soczystych, zielonych wzgórz powaliły nas dosłownie na kolana. Chmury toczące się po szczytach i grzbietach dawały nieodparte wrażenie, że jesteśmy w jakiejś magicznej krainie. Krainie pięknej i strasznej zarazem, gdzie logika i zdrowy rozsadek przegrały z magią i ludowymi zaklęciami. Po trzech godzinach wspinaczki dotarliśmy do przełęczy. Zostawiając za sobą Banaue zaczęliśmy zejście w kierunku Batad. 


Na tej trasie można spotkań mieszkańców wioski, który na barkach i głowach donoszą zaopatrzenie do swoich domów; kurczaki, buty, żarówki... Górska, rześka wilgoć zaczęła dawać się nam we znaki, lecz szybko o wszystkim zapomnieliśmy, gdy dotarliśmy na miejsce.


Wieś Batad powitała nas na przemian deszczem i słońcem. Widok roztaczający się na tamtejsze Ryżowe Tarasy rzeczywiście wart jest każdej kropli deszczu, która na nas spadła. Usiedliśmy więc przy kubku gorącej kawy podziwiając niezwykłą rolniczo-inżynierską konstrukcję, która liczy sobie ponad 2 tys. lat. Wspólnie zgodziliśmy się, że żadne zdjęcie, które do tej pory widzieliśmy nie oddaje tej głębi przestrzeni. Przestrzeń, to ona tu robi największe wrażenie. Kordyliera Centralna? Droga Pani od Geografii, kto by pomyślał....