Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 września 2015

tlenu coraz mniej


A gdyby tak w góry? Gdyby tak liznąć Himalaje. Zobaczyć jak to jest, gdy tlenu coraz mniej pnąc się ku szczytom nad skalistą przepaścią? Pierwszy etap to kolejka wąskotorowa prowadząca do Shimli - górskiego miasta w północnej części Indii.

sobota, 28 lutego 2015

"Live and Love Life NOW"


Nimbin. Mityczne Nimbin. Na to słowo każdemu, kto wie co nieco o tym miejscu, uśmiecha się buzia. Miasteczko owiane legendą alternatywnej kultury, legendą swoich mieszkańców, i wreszcie... australijska stolica zioła!

niedziela, 4 stycznia 2015

Mt Kaputar... jeszcze chwila i przekroczymy stan.


Wreszcie ruszyliśmy. Kto normalny wstaje o 5 rano w niedzielę? Chyba tylko my. Trasa dość ambitna, bo 4500 km, a dziś do pokonania pierwsze 600. Kierunek północ.

środa, 9 lipca 2014

Baw Baw, czyli skok do innego stanu


Lubimy sobie czasem przekroczyć granicę.
Czasem granicę własnych słabości, własnych ograniczeń, wymierzonych celów...
Lubimy czasem przekraczać granice bardziej dosłownie... Granice własnego świata, granice państw, kontynentów, czy tutaj w Australii, najzwyczajniej w świecie granice stanu NSW.
Lubimy "wyskoczyć" czasem do stanu Victoria. Florą tak bardzo przypominającego świętokrzyskie lasy, pełne grzybów. W powietrzu unosi się zapach leśnego mchu...

środa, 15 stycznia 2014

Krawędź dźwięku jest tutaj

Wciąż w dzikiej krainie, wciąż na bezdrożach. D. podczas naszej podróży dookoła świata niejednokrotnie zostawiała przewodnik w plecaku i wskazywała na mapie miejsce, które nie miało jeszcze nazwy. Tak błądziliśmy po zakamarkach świata, do których żaden turysta z aparatem u szyi i kolorowym folderem informacyjnym nie dotrze. Jak opuścić stan New South Wales i dotrzeć do Wiktorii w najbardziej spektakularny sposób? Zapytajcie D., która palcem wskaże cieniutką, wijącą się przez góry drogę, Barry Way...







Skończył się asfalt. Przed nami 250-kilometrowa przeprawa przez Kościuszko National Park do Alpine National Park. Cieszyłem się jak dzieciak, który właśnie opanował jazdę na rowerku bez bocznych kółek.

Samochód pozostawiał tumany kurzu. Zanim oddaliliśmy się od Jindabyne szybki rzut oka na zapasy paliwa, wody i jedzenia. Na dwudniową przeprawę powinno wystarczyć. D. włączyła płytę, która przybyła do nas z Polski "pod choinkę"*. Pierwsze nuty, pierwsze takty i pierwsze chmury we wstecznym lusterku. D., nerwowo spogląda przez szybę. - Na pewno będzie padać. Zawsze jak jedziemy przez jakąś dzicz, to leje i wali grzmotami. - Nie bój się, nie będzie burzy. Próbowałem przybrać ton faceta, który dobrze wie, o czym mówi...



Ciepła masa powietrza została wypchana przez chłodne podmuchy. Pośród kropel deszczu wściekle uderzających w szyby zauważyliśmy drobinki lodu. Wczoraj pierwszy śnieg w Australii, dziś pierwszy grad...


Kierowca samochodu, który od dłuższego czasu jechał za nami zaczął dawać znaki światłami. Udało się zatrzymać na błotnej drodze, a zza szyby pożeracza paliwa wychyliła się "tubylcza" kobieta. - Jeśli z naprzeciwka wyjedzie samochód, a ty nie będziesz się trzymał krawędzi przepaści to zostaniecie zmyci z dogi. Powodzenia. Wrzuciła bieg i na pożegnanie zachlapała naszą szybę. Chyba wyglądamy jak mieszczuchy, którzy zapragnęli przeżyć przygodę a ta ich powoli zaczyna przerastać - pomyślałem. 


Wreszcie deszcz ustał. Wysiedliśmy z samochodu i poczuliśmy się jak pionierzy wędrujący przez góry, którzy odkryli wyjście z pułapki i życiodajną rzekę obfitą w ryby, którymi możemy się pożywić.
Oto dolina Geonoa River tuż po deszczu. Tu będzie nasz dzisiejszy nocleg.





Po prawej stronie niepokonana ściana skał. Po lewej, w gorących promieniach, rozpościerał się widok, którym trudno było nasycić zmysły. Nad skalną przepaścią granica dźwięku, który wybuchł w uszach, gdy się wychyliłem. D. uparcie próbowała uchwycić przestrzeń, od której stawaliśmy się coraz bardziej pijani. Tu właśnie zaczyna się nowy stan naszych umysłów, a także nowy stan Australii - Wiktoria...












*dzięki bracie za płytę

niedziela, 12 stycznia 2014

znalezione na szlaku...


Po prostu nas zachwyciły.
Górskie szlaki w Australii są zdumiewające.
Nie, nie zmęczysz się. Szczyty nie są wysokie, 
ale uroda ich dosłownie, rzuca na kolana.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

najwyżej



Jakoś nie mogliśmy sobie wyobrazić świąt Bożego Narodzenia przy "wigilijnym stole" szukając tradycji tam, gdzie jej nie ma. Uszka i karp w trzydziestostopniowym upale? Nie, dziękujemy.
Wreszcie wyczekiwana podróż się rozpoczęła. Do tej pory zachwycaliśmy się Oceanem, piaszczystymi plażami i piekącym Słońcem. Plecaki gotowe, mapy skompletowane, możemy ruszać.
Na początek w góry.
Góry, za którymi tęskniliśmy od dawna...



   Pierwszym etapem naszej wyprawy jest jeden z największych parków narodowych w Australii. Gdy opowiadaliśmy angielskojęzycznym znajomym, że zamierzamy wdrapać się na najwyższy szczyt ich kraju, nie za bardzo wiedzieli, o co nam chodzi. Problem był jedynie we właściwym brzmieniu. Nazwisko "Kościuszko" jest niezwykle trudne do wypowiedzenia, więc miejscowi mówią tak: mæʊnt ˈkɔziˌɔskoʊ [Mołt Kozioszko]. 

   Gotowi do ostrego ataku na górę zaskoczyła nas bogato rozbudowana infrastruktura. Przyzwyczajeni do błotnisto-skalistych szlaków Beskidu Niskiego, czy leśnych przepraw z Bieszczad byliśmy nieco zaskoczeni, bowiem ścieżka prowadząca nas na wzniesienie 2228 m. n. p. m. przypominała nieco deptak w Ciechocinku.   



   Cały obraz gorącej, piekącej Australii pozostał na dole. Z każdym metrem wyżej czuliśmy się trochę jak w Alpach, a trochę jak na innej planecie. Rześkie powietrze i podmuchy wiatru, dość surowa, skalna sceneria i pierwsze połacie śniegu, jakie zobaczyliśmy na tym kontynencie. Sprawdziłem. Też jest biały, też jest zimny... Wtedy się zorientowaliśmy, jak nieopatrznie spakowaliśmy nasze plecaki; wyjeżdżając z upalnego Sydney, na śmierć zapomnieliśmy o długich spodniach, grubych swetrach. Na szczęście pogoda tego dnia była dla nas łaskawa. Nie zmarzliśmy aż tak bardzo :).


Siedząc na szczycie próbowaliśmy w głowach umiejscowić nasz mały sukces. Czy zdobycie szczytu nazwanego przez Pawła Strzeleckiego za imieniem "Polish freedom fighter" zapisać do listy zdobytych wspólnie gór, czy też odczytać go jako quasi patriotyczny wyczyn na obczyźnie...





wtorek, 12 marca 2013

The Rock


W sercu australijskiego kontynentu, pośród suchego jak pieprz buszu, natura postanowiła po raz kolejny zadziwić. Płaski jak stół krajobraz został zakłócony przez przedziwny twór rodem z kosmosu. Wreszcie, po przejechaniu 3 tysięcy kilometrów; Uluru! Święta góra pierwszych Australijczyków, inaczej "miejsce spotkań" Aborygenów.

piątek, 4 stycznia 2013

Proszę Pani, kto by pomyślał....


Był jesienny, deszczowy poranek. Chwilę po pierwszym dzwonku z podwiniętymi palcami w mokrych skarpetkach rachowałem szanse na to, że moje nazwisko przerwie jednostajne bzyczenie lamp rozświetlających klasę. Za plecami Pani Żaby w peruce czekała mapa fizyczna świata. Za chwilę Żaba wylosuje numerek z dziennika. Jeśli wylosuje trzynastkę, to będę w kłopotach. Rów Mariański, Góry Smocze, klimat w RPA, czy Kordyliera Centralna? No właśnie, Kordyliera...


Scenka "lekcja geografii" wróciła  po kilkunastu latach jak smak zapomnianych lodów z dzieciństwa, podczas studiowania kolejnej mapy. Od jakiegoś czasu bardziej ufamy własnym wyborom niż przewodnikom. Dorota wskazuje  palcem miejsce i po prostu tam jedziemy. Tym razem była to mapa Filipin, które zwykle kojarzą się z plażami. My filipińską przygodę zaczęliśmy więc od gór w północnej części Luzonu.


Górale z Luzonu to lud znany z obcinania głów, czym się parał jeszcze 60 lat temu. Nawet podczas okupacji japońskiej dali się poznać, jako niezłomni wojownicy. Niska, przysadzista postać z podniesioną maczetą była najstraszniejszym koszmarem, lub ostatnim widokiem jaki mógł zobaczyć japoński żołnierz przed śmiercią. Górale z północnego Luzonu obcinali głowy niemal "na śniadanie". Mężczyzna nie mógł posiąść kobiety, nim nie obciął komuś głowy. Do dziś w niektórych wsiach jedzą psie mięso które pozwala zachować energię.


Tom był pierwszym człowiekiem jakiego spotkaliśmy w paśmie Kordyliery Centralnej. Doświadczyliśmy niepokojącego uczucia, gdy zobaczyliśmy prawie bezzębne dziąsła tego chłopaka w naszym wieku. Od czerwonej miazgi tytoniowej, którą ciągle spluwają ich usta wyglądają, jakby przed chwilą pili krew. Tom udzielił nam kilku wskazówek na temat Ryżowych Tarasów w Banaue i Batad oraz ogólnych zasad poruszania się po ich górach. Udając się w kierunku bazy kwaterunkowej miałem nieodparte wrażenie, że Tom, potomek obcinaczy głów, dobędzie noża i zafunduje sobie dwie nowe głowy. Tym razem z Polski.


Poranek w Banaue zapowiadał się obiecująco. Słońce nieśmiało przebijało się przez chmury. Próbowaliśmy wykorzystać promienie, by wysuszyć nieco zawilgocone buty przed wyprawą w góry. Spakowaliśmy ekwipunek i ruszyliśmy na szlak z Banaue do Batad - wsi położonej 1100 m. n. p. m., do której nie prowadzi żadna przejezdna droga.



Widoki soczystych, zielonych wzgórz powaliły nas dosłownie na kolana. Chmury toczące się po szczytach i grzbietach dawały nieodparte wrażenie, że jesteśmy w jakiejś magicznej krainie. Krainie pięknej i strasznej zarazem, gdzie logika i zdrowy rozsadek przegrały z magią i ludowymi zaklęciami. Po trzech godzinach wspinaczki dotarliśmy do przełęczy. Zostawiając za sobą Banaue zaczęliśmy zejście w kierunku Batad. 


Na tej trasie można spotkań mieszkańców wioski, który na barkach i głowach donoszą zaopatrzenie do swoich domów; kurczaki, buty, żarówki... Górska, rześka wilgoć zaczęła dawać się nam we znaki, lecz szybko o wszystkim zapomnieliśmy, gdy dotarliśmy na miejsce.


Wieś Batad powitała nas na przemian deszczem i słońcem. Widok roztaczający się na tamtejsze Ryżowe Tarasy rzeczywiście wart jest każdej kropli deszczu, która na nas spadła. Usiedliśmy więc przy kubku gorącej kawy podziwiając niezwykłą rolniczo-inżynierską konstrukcję, która liczy sobie ponad 2 tys. lat. Wspólnie zgodziliśmy się, że żadne zdjęcie, które do tej pory widzieliśmy nie oddaje tej głębi przestrzeni. Przestrzeń, to ona tu robi największe wrażenie. Kordyliera Centralna? Droga Pani od Geografii, kto by pomyślał....