Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dźwięki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dźwięki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 czerwca 2014

Co słychać w wiosce?

Dziś dźwięki z Tanny.
...
Czasem w podróżnym archiwum warto zrobić porządek, 
żeby odnaleźć takie oto dźwięczne perełki.

Custom village on East Tanna sounds amazing!













poniedziałek, 12 maja 2014

Chodźmy w dym

Od czasu, gdy weszliśmy na wygasły wulkan Tongariro w Nowej Zelandii odkryliśmy nową fascynację, która w Polsce nawet nie przyszłaby nam do głowy. Dlaczego wulkany? Pewnie dlatego, że zwykle znajdują się daleko od osad ludzkich i nikt przypadkowy się na nich nie kręci. Najdłużej aktywny wulkan na świecie, Mt. Yassur na Tannie, na Vanuatu. Oto potwór, który nas zaczarował.


Jedyny kawałek asfaltu na wyspie Tanna znajduje się na pasie lądowiska przeznaczonym dla lokalnych maszyn. Przed budynkiem terminalu, który przypominał zakład skupu jagód, naliczyłem kilkanaście samochodów. Słońce lądowało na koronie dżungli. Kierowcy wrzucali bagaże na paki aut i znikali czym prędzej. Na parkingu pozostawało coraz mniej osób. Umówiony kierowca po nas nie wyjechał... Jakoś nie zdziwiło to nas bardzo. Wręcz wydało się nam to normalne, a nawet śmieszne. Tak wiele już razem przeżyliśmy, tak daleko od domu...


Przeprawa na własną rękę po zmroku na drugą stronę wyspy jest niemożliwa. Tylko miejscowi wiedzą którędy biegnie droga. Tylko miejscowi widzą w ciemności. Zrobiło się nerwowo. D., która wciąż twierdzi, że znam wszystkie języki świata, poradziła bym spróbował wynająć kierowcę.
Obcokrajowiec szukający podwózki jest nietypowym widokiem na Tannie. Z walutą w kieszeni, skazany na łaskę przypadkowych miejscowych czułem się jak gołąb na strzelnicy. Nasz umówiony człowiek  się nie zjawił, więc byłem zmuszony rozpocząć negocjacje. Niewątpliwie byliśmy lokalną sensacją, o której będą mówić wieczorem swoim żonom przy porcji lap lap (o lap lap TUTAJ >> ) Gdy omówiłem wstępne warunki z przedstawicielem grupy mężczyzn przyszedł czas na rozmowę z wyznaczonym kierowcą na temat ceny. Tu zaczął się negocjacyjny dramat. Każdy chciał uczestniczyć w ubijaniu ceny. Ja sam, gdzieś w dali D. pilnująca plecaków i 30 miejscowych. Nie mieliśmy wielkich szans. Musieliśmy przystać na ich warunki.


Mężczyzna w piłkarskiej koszulce reprezentacji Francji z zamglonymi oczami od nadmiaru kavy, przyszedł się przedstawić. Jeszcze w życiu nie spotkałem tak nieśmiałego człowieka. David ze wzrokiem wbitym w ziemię zapakował nasze plecaki na samochód. D. usiadła w kabinie, ja pośród miejscowych na przyczepce, z tyłu.




Z każdym kilometrem nieśmiałość naszego kierowcy znikała i stawał się mniej małomówny, z każdym kilometrem gdy zapuszczaliśmy się w głąb dżungli w kierunku wulkanu Yasur, wyspa zaczęła nas hipnotyzować.



Do osady przybyliśmy już po zmroku. Trudno było się zorientować, gdzie tak naprawdę jesteśmy. Absolutna ciemność i cisza przerywana dźwiękiem grzmotu dochodzącego z nieba. Zeskakując z przyczepy samochodu wbiłem się piętami w czarny, aksamitnie miękki pył. Poczuliśmy jego zapach. Kilka chwil później w samym sercu ciemnej dżungli, u stóp Mt Yasur, leżałem z D.  pod dachem z zeschniętych liści bananowca. Dziurawa moskitiera przyklejała się do spoconych ciał. W ustach dziwny posmak.... D. w świetle bladej latarki zapisywała ostatnie zdanie w naszym podróżnym pamiętniku. Złowieszcza cisza dżungli znów przerywana przez grzmot.
Już jutro, tuż przed zachodem słońca idziemy na wulkan...
Tak wygląda jeszcze za dnia...












Potwór Yasur plujący ogniem już w następnym wpisie. Najstraszniejszy nocą...  

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

pierwsza wyspa


Myślę obrazami. Były wczesne lata 90. Telewizje kraju, w którym miałem zaszczyt się urodzić zaczynały nadawać reklamy z krajów, w których się nie urodziłem. Fototapeta u sąsiadów przedstawiająca palmy na niebiańskich pacyficznych plażach, kokosowy baton przywożony przez wujków z Niemiec. Batony Bounty... myślałem, że te kokosowe pyszności rzeczywiście pochodzą z tej wyspy, która kusiła w reklamowych migawkach. Kto by pomyślał, że kilkanaście lat później z D. wylądujemy na rajskiej Bounty Island.    


Gdy zbliżaliśmy się do brzegu wysepki pod taflą wody ujrzeliśmy rafę. Niewiele brakowało, byśmy wyskoczyli z łodzi do wody, tak bardzo kusząco wyglądała.  
Pierwszym odruchem po wyjściu na brzeg było poderwanie plecaka z piasku. Już to chciałem biec, już to chciałem się zakwaterować. Uśmiechnięty mężczyzna ze złotą wstawką w jedynce przycisnął łagodnie moje ramię. "Relax my friend, it's Fiji." Oczyma wyobraźni zobaczyłem siebie. Bladego człowieka z wielkiego miasta, który ciągle gdzieś się śpieszy. Wiedziałem, że gospodarz Bounty Island właśnie tak to widział. Wiedziałem, że nie jestem jedyny, który tak się zachowuje tuż po przybyciu.


Zadziwiająco szybko opanowałem technikę nicnierobienia. Poza nurkowaniem i zrywaniem dla D. świeżych kokosów znad hamaka nie robiłem wiele. Duma mieszczucha, który zdobędzie orzecha, rozłupie go i poda swojej pięknej kobiecie... Rzeczy tego rodzaju łechczą moje śpiące ego rozbitka z bezludnej wyspy. 





Minuta trwa tutaj siedemdziesiąt sekund, na jedną godzinę przypada chyba ze sto minut. "Fiji time" to nie tylko żartobliwe wytłumaczenie na spóźniający się autobus. "Fiji time" to nowa, wyspiarska rzeczywistość. 




Energia jak zwykle rozpierała D., która rzuciła się do przestudiowania naszej wyspy. Zabraliśmy butelkę wody i ruszyliśmy brzegiem. Po dwudziestu minutach obeszliśmy wyspę i trafiliśmy do miejsca, z którego ruszyliśmy. Pierwszy raz w życiu natknęliśmy się na własne ślady na piasku. Przenośnia godna Paulo Coelho. W głowach układał nam się tytuł książki o wyspie Bounty: "W dwadzieścia minut dookoła naszego świata"...



środa, 15 stycznia 2014

Krawędź dźwięku jest tutaj

Wciąż w dzikiej krainie, wciąż na bezdrożach. D. podczas naszej podróży dookoła świata niejednokrotnie zostawiała przewodnik w plecaku i wskazywała na mapie miejsce, które nie miało jeszcze nazwy. Tak błądziliśmy po zakamarkach świata, do których żaden turysta z aparatem u szyi i kolorowym folderem informacyjnym nie dotrze. Jak opuścić stan New South Wales i dotrzeć do Wiktorii w najbardziej spektakularny sposób? Zapytajcie D., która palcem wskaże cieniutką, wijącą się przez góry drogę, Barry Way...







Skończył się asfalt. Przed nami 250-kilometrowa przeprawa przez Kościuszko National Park do Alpine National Park. Cieszyłem się jak dzieciak, który właśnie opanował jazdę na rowerku bez bocznych kółek.

Samochód pozostawiał tumany kurzu. Zanim oddaliliśmy się od Jindabyne szybki rzut oka na zapasy paliwa, wody i jedzenia. Na dwudniową przeprawę powinno wystarczyć. D. włączyła płytę, która przybyła do nas z Polski "pod choinkę"*. Pierwsze nuty, pierwsze takty i pierwsze chmury we wstecznym lusterku. D., nerwowo spogląda przez szybę. - Na pewno będzie padać. Zawsze jak jedziemy przez jakąś dzicz, to leje i wali grzmotami. - Nie bój się, nie będzie burzy. Próbowałem przybrać ton faceta, który dobrze wie, o czym mówi...



Ciepła masa powietrza została wypchana przez chłodne podmuchy. Pośród kropel deszczu wściekle uderzających w szyby zauważyliśmy drobinki lodu. Wczoraj pierwszy śnieg w Australii, dziś pierwszy grad...


Kierowca samochodu, który od dłuższego czasu jechał za nami zaczął dawać znaki światłami. Udało się zatrzymać na błotnej drodze, a zza szyby pożeracza paliwa wychyliła się "tubylcza" kobieta. - Jeśli z naprzeciwka wyjedzie samochód, a ty nie będziesz się trzymał krawędzi przepaści to zostaniecie zmyci z dogi. Powodzenia. Wrzuciła bieg i na pożegnanie zachlapała naszą szybę. Chyba wyglądamy jak mieszczuchy, którzy zapragnęli przeżyć przygodę a ta ich powoli zaczyna przerastać - pomyślałem. 


Wreszcie deszcz ustał. Wysiedliśmy z samochodu i poczuliśmy się jak pionierzy wędrujący przez góry, którzy odkryli wyjście z pułapki i życiodajną rzekę obfitą w ryby, którymi możemy się pożywić.
Oto dolina Geonoa River tuż po deszczu. Tu będzie nasz dzisiejszy nocleg.





Po prawej stronie niepokonana ściana skał. Po lewej, w gorących promieniach, rozpościerał się widok, którym trudno było nasycić zmysły. Nad skalną przepaścią granica dźwięku, który wybuchł w uszach, gdy się wychyliłem. D. uparcie próbowała uchwycić przestrzeń, od której stawaliśmy się coraz bardziej pijani. Tu właśnie zaczyna się nowy stan naszych umysłów, a także nowy stan Australii - Wiktoria...












*dzięki bracie za płytę