Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malezja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 grudnia 2012

Kuala Lumpur


Nieplanowany wypad do Malezji miał swój finał w Kuala Lumpur. Po dwóch miesiącach tułaczki nauczyliśmy się kilku zasad, które się dobrze sprawdzają. Mieszkaj u Chińczyka, jedz u Hindusa i pij u katolika. Wylądowaliśmy więc w sławnym na cały świat Chinatown. Znów wózki z jedzeniem na ulicach, znów nie ma miejsca dla przechodniów. Nocą wielkie neony zamiast latarni przyciągają wzrok.

niedziela, 23 grudnia 2012

Jej wysokość dżungla

Zrobiło się ciemno. Wąska łódeczka zbita z kilku desek zaczęła kiwać się na boki.  Pierwsze krople spadły na nasze ramiona. Po rzece, w naszym kierunku zbliżała się ściana tropikalnego deszczu.  Zaraz będziemy mokrzy.  Cały czas wpatruję się w brzeg, by ocenić odległość i bezpieczne miejsce. Oby tylko nie wywróciło łodzi.


Długo nie utrzymalibyśmy się na powierzchni tej czerwonej, rozgniewanej rzeki. Trzy godziny później dopływamy do  Kuala Tahan - osady, gdzie mieszkańców i ich drewniane baraki można policzyć na palcach jednej ręki. Nie ma internetu, w miejscach noclegowych na pytanie o rezerwację nikt nie odpowiada. Wszyscy tu żyją dzięki dżungli. Przewożą ludzi przez rzekę, prowadzą ich po ciemnych ścieżkach, lub pracują przy uprawie Sandałowca. Do miasta nie poszli, muszą jakoś przetrwać.


Tym razem weszliśmy do długiego, drewnianego baraku, z wydzielonymi, zamykanymi pokojami. Był to najtańszy hostel w Kuala Tahan, którego cena wprost nawiązywała do oferowanego standardu. Jesteśmy na terenie dżungli, panują tu wewnętrzne prawa, którym musimy się podporządkować. Królują tu jaszczurki, mrówki i cykady wielkości piłeczki do tenisa obijające się o jedyną żarówkę w korytarzu. Po zachodzie, nad rzeką Tembeling świerszcze i cykady dają koncert. Wtóruje im głos dobiegający z pobliskiego minaretu nawołujący miejscowych muzułmanów do modlitwy.


Zawodzenia odbiją się od ściany dżungli jak od ekranu. Jeszcze nie postawiliśmy stopy w dżungli, a ta już rzuciła na nas jakby fatalne zaklęcie. Wieczór spędzamy na tarasie zaczarowani wpatrując się w czerń lasu. Jutro idziemy się z nim zmierzyć.


Wystarczy tylko zejść ze ścieżki przeznaczonej dla rodzinnych wypraw, by poczuć moc. Moc przyrody, która całą swoją siłę skierowała jakby przeciwko nam. Ośmieliliśmy się wejść na dziki szlak, teraz za to słono zapłacimy. Powietrze przypomina wodny kisiel, przez który musimy brnąć. Koszulka i spodnie przylepione do ciała nie stanowią już żadnej osłony. Gdy przystajemy, by zorientować się w terenie komary zaczynają nas dosłownie zjadać. Idąc przez błotniste i gliniane ścieżki z marnym skutkiem próbujemy omijać wygłodniałe pijawki. Co kilkanaście minut ściągamy buty, by ze skóry pozbyć się nieproszonych gości.


W dżungli panuje półmrok, nie widać Słońca. Jedynym drogowskazem w takim miejscu jest kompas, oraz kierunek przepływu rzeki. Każdy fałszywy krok na glinianej, śliskiej ścieżce może skończyć się złamaniem kostki, lub zgubieniem szlaku. Idziemy więc ostrożnie, stąpając po gigantycznych korzeniach, butwiejących liściach. To jeden z najtrudniejszych terenów do trekkingu, z jakim do tej pory mieliśmy do czynienia.



Przejście jednego kilometra zajmuje bardzo dużo czasu i niezwykle wyczerpuje. Nie wiemy, która jest godzina. Mój "wodoszczelny" zegarek nie wytrzymał wilgotności. Nie wiemy, jak daleko do celu. 


Od dłuższego czasu nie widzieliśmy żadnego markera oznaczającego szlak. Staramy się racjonować wodę. Tuż obok nas coś chrupie. Dzika świnia nie robiąc sobie nic z naszej obecności zadowalała się miejscowymi żołędziami. Zbliżamy się do łagodnego zejścia do rzeki. Będzie okazja, by się nieco ochłodzić.


Skrajne wyczerpanie. Dżungla da nauczkę każdemu zarozumiałemu. Dżungla potrafi nauczyć szacunku do siebie. Po wyjściu ze szlaku raz jeszcze spoglądamy na dostojną jej wysokość. W duchu kłaniamy się nisko.


Taman Negara (po malezyjsku "park narodowy") obejmuje swoją powierzchnią  4,343 km² nietkniętej przez człowieka dżungli. Szacuje się, że tropikalny las ma 130 milionów lat, co czyni go najdzikszym i najstarszym tego typu obszarem na Ziemi.  


Znalezione na szlaku ;)

piątek, 21 grudnia 2012

Z wizytą u państwa Russelów

Zaraz po tym, gdy z powodów finansowych odprawili gosposię, żona Jima zapałała pociągiem do taniej whisky. Jim w tym czasie, jak wszyscy pisarze i pismacy na mieszkający na Astington Road, przeżywał katusze. Terminy humorystycznych opowiadań do popołudniowych bulwarówek nie dawały spać. Przy świecy i fajce, nabitej tanią krajanką kupioną u Cyganów, Jim siedział nie mogąc napisać ani jednego słowa. Komorne nie było wysokie, mimo to państwo Huttings musieli się zapożyczać u bogatej ciotki z Yorku. Ciotka Lilly przy każdej nadarzającej się okazji wspominała w listach jak bardzo tanim grafomanem jest Jim. Pewnej niedzieli Jim siedział w obskurnym barze na rogu Astington i Clave Street, gdzie beznamiętnie sączył trunek o smaku nafty. Jakaś dłoń klepnęła go zdecydowanie w ramię. - Jim! Jak się masz? To Andrew Barrymore, kolega po fachu, który w owym czasie przeżywał dobre chwile od kiedy jego opowiadanie pod tytułem "Szklanka cyjanku na deser" zostało wydrukowane w poważanym, londyńskim literackim czasopiśmie. Krótki rzut oka na znoszony płaszcz Jima wystarczył, by wiedzieć, że opowiadania jego pióra nie są nigdzie drukowane. - Wciąż pracujesz nad powieścią, o której tyle rozmawialiśmy? - Tak. Skłamał Jim. - Ale napotkały mnie pewne trudności. Mam wszystko przygotowane. Brakuje mi tylko spokojnego miejsca, by pisać. Jim kłamał jak z nut. Wspólną cechą podupadłych pismaków z Astington Road było to, że każdy z nich opowiadał o swoim wielkim potencjale, o tym jak bliski jest wydania książki, która zmieni oblicze literatury. Także i powieść, o której rozmawiał z Andrew Barrymorem była tylko mrzonką, pobożnym życzeniem Jima. Gdyby tylko mógł się wyrwać, coś zmienić...
- Mój wuj, J. A. Russel, obrotny biznesmen, który założył plantację herbaty w zamorskim kraju byłby rad, gdybyś go odwiedził. Cisza, spokój. Coś w sam teraz dla ciebie.


Wieczorami trapi go samotność. Ciężka praca na plantacji i brak bratniej duszy sprawia, że on sam podupada na zdrowiu. Mógłbyś go poznać. Lekkie zamroczenie spowodowane whisky o smaku nafty minęło, a w końcówkach palców pojawiło się charakterystyczne mrowienie, którego nie czuł od lat. Miał ochotę podskoczyć, miał ochotę krzyknąć. Trzy niedziele później Andrew zapukał do drzwi mieszkania państwa Huttings.


W ręku trzymał nieotwartą kopertę, która zawierała odpowiedź na uprzednio wysłany list polecający w sprawie Jima. Usiedli w nieogrzewanym i ciemnym salonie. Pomimo, że było już późne popołudnie żona Jima spała. Zdecydowali się otworzyć kopertę. Wuj Russel nie posiadał się z radości. Wreszcie ktoś z ojczyzny odwiedzi go w tym dalekim, malajskim kraju. Wreszcie będzie miał kompana do wieczornych dysput o literaturze i polityce.


Najbliższy statek Marry Celeste, który wypływa z londyńskiego portu zabierze Jima do Bangkoku, skąd zaprzęgi zorganizowane przez J. A. Russela powiozą go wprost na plantację herbaty w Cameron Highlands.



Krocząc z neseserem krętą uliczką prowadzącą do posiadłości "króla herbaty", jak nazywano w okolicy Russela,  Jim doznawał dziwnego mrowienia w brzuchu. Być może to malajski klimat dawał się we znaki. Herbaciane dywany rozpościerały się aż po horyzont. Alejki między krzewami wydawały się wspaniałym miejscem do długich spacerów i przemyśleń o książce.


Ludzie o ciemnej skórze, których widział po raz pierwszy w życiu, wyszli mu naprzeciw. Gdzieś w dali majaczyły zabudowania. Na progu stodoły stał wysoki, szczupły mężczyzna. Zza jego pleców dobiegał stukot maszyn, które cięły herbaciane listki na miazgę. Pył jaki się przy tym unosił nie pozwolił Jimowi przyjrzeć się wyraźniej. W jakiś niewytłumaczalny sposób czuł, że postać widzi go doskonale. Przygląda mu się od dłuższego czasu.


Gdy Jim podszedł do stodoły na odległość boiska do krykieta rozpoznał J. A. Russela. Pociągła twarz, oczy, które potrafią skruszyć kamienny mur i nienagannie przystrzyżony wąs, pod którym na dobre utknęła fajka. Po serdecznym przywitaniu służba poprowadziła Jima do gościnnego pokoju na poddaszu willi "króla herbaty".


Łóżko z moskitierą, krzesło i stół oraz najnowsza maszyna do pisania firmy Remington. Surowe warunki, które pozwolą się skupić tylko na pisaniu - myślał z zadowoleniem Jim.


Po krótkiej toalecie Jim przywdział czystą koszulę i udał się na powitalną kolację. W salonie stał długi stół, w okół którego czekała służba. Przy stole były przygotowane trzy miejsca. Naprzeciw miejsca dla Jima siedział Russel, który najwyraźniej zadał był sobie kieliszek, lub dwa. Po jego prawicy było przygotowane jeszcze jedno miejsce. Nie było to miejsce czekające na żonę Russela, ta zmarła rok temu na malarię. Jim jeszcze o tym nie wiedział, ale za chwilę na krześle miała zasiąść osoba, za sprawą której powstanie książka życia Jima. Książka, która przyniesie mu bogactwo, sławę i uznanie w literackim świecie Londynu. - Poznaj moją córkę - oświadczył z dumą Russel. Do salonu weszła dziewczyna. W blasku świecy Jim ocenił, że niewiasta odziana w białą suknię liczy sobie nie więcej, niż siedemnaście wiosen. Jej rudawe, lekko kręcone włosy opadały swobodnie na odsłonięte ramiona przyozdobione pieprzykami. Pod lekko zadartym nosem rysował się kształt ust, który mężczyznom takim jak Jim nie pozwalał oderwać wzroku. Zanim zdążył się skłonić i przedstawić w jego głowie błysnęła myśl. "Córka króla herbaty" - taki będzie tytuł książki.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Chinatown i Little India w jednym kadrze


Nieplanowana podróż do Malezji rozpoczęła się od kulinarnej stolicy Azji – wyspy Penang. W mieście założonym 200 lat temu przez Anglików i Holendrów żyją w harmonii Hindusi, Chińczycy i Malajowie. W ciągu kilku minut, przechodząc uliczkami, przenosimy się o tysiące kilometrów.