Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyspy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyspy. Pokaż wszystkie posty
środa, 5 lipca 2017
środa, 14 stycznia 2015
opowieść wigilijna, stary człowiek i morze....
Labels:
Australia,
Coral Sea,
Great Reef Barrier,
kawa,
kolory,
Nari's beach,
national parks,
ocean,
podróż,
przyroda,
Queensland,
snorkeling,
Whitsunday Island,
Whitsundays islands,
Wielka Rafa Koralowa,
wildlife,
wyspy
wtorek, 5 sierpnia 2014
wtorek, 20 maja 2014
Black sand beach
Czarna plaża na Tannie*.
Piasek prosto z wulkanu.
Nie mam mowy o żadnej lazurowej wodzie ani rybkach w kolorach tęczy ...
jedynie mrok, tajemniczość, czar...
Cztery godziny spaceru w temperaturze przekraczającej 40 stopni C, wilgotności powietrza sięgającej 90 procent i... ukazuje się przed nami ten cudownie mroczny krajobraz.
Wulkan dał o sobie znać na północnej części wyspy.
Piasek prosto z wulkanu.
Nie mam mowy o żadnej lazurowej wodzie ani rybkach w kolorach tęczy ...
jedynie mrok, tajemniczość, czar...
Wulkan dał o sobie znać na północnej części wyspy.
* Black Sand czyli czarny piasek to maleńkie fragmenty lawy tego oto WULKANU >>>. Powstał podczas gwałtownej interakcji gorącej lawy i wody Oceanu. Czarny piasek jest bardzo gorący. Promienie słońca nagrzewają go momentalnie.
niedziela, 27 kwietnia 2014
Mocny początek na Vanuatu!
Vanuatu, Tanna. Wreszcie noc. Ciemność sprawia, że wulkaniczna wyspa zmienia się nie do poznania. Podnóże wulkanu zasnuwa najczarniejsza z czarnych ciemności jaką widzieliśmy. Gdzieś w głębi tej pasty miga kilka punkcików. To snop iskier z ogniska. Idziemy w jego kierunku. Słup światła z naszej latarki rysuje kształty pod nogami. Zadziwiające, ale dopiero w nocy w powietrzu możemy dojrzeć jak bardzo zapylona jest Tanna. Podobno Mt. Yassur budzi się właśnie nocą...
Na tej wyspie każdy jest kuzynem każdego, więc nie zdziwiło nas, że Filip oczekiwał na nas przy ognisku z kilkoma nowymi twarzami. Pośród nich mały chłopiec, syn Filipa, który miał dziś kilka odpowiedzialnych funkcji. Obecność D., jedynej kobiety, początkowo budzi lekkie spięcie. Kobiety ze wschodniej części wyspy nie piją Kavy, ale D. uzyskała specjalne pozwolenie. Za chwilę siądziemy wspólnie przy ognisku i weźmiemy udział w zamkniętej dla turystów ceremonii picia narkotycznej Kavy. Ceremonii, która nie jest teatrzykiem dla przyjezdnych, tylko wieczorną rutyną mężczyzn Tanny.
Korzenie tej rośliny są otaczane szczególną czcią, dlatego też żadna z jej części nie może dotknąć ziemi. Według miejscowej legendy roślinę ofiarowały ludziom duchy. Pewna kobieta kąpiąc się w morzu zaczęła odczuwać bóle porodowe. Gdy wyszła na brzeg poroniła korzeń a duch do niej przemówił. - Weź ten korzeń i daj swojemu mężczyźnie niech go zasadzi, on będzie wiedział, co z nim zrobić. Jak to zwykle w legendach bywa, kobieta posłuchała głosu i w ten sposób korzeń, który wyszedł z jej łona trafił do członków jej plemienia.
Każdy wziął do ręki po jednym korzeniu. Zanim będziemy mogli napić się Kavy musimy najpierw ją przeżuć. Inaczej niż na Fiji (więcej o kave na Fiji TUTAJ>>), tu na Vanuatu, Kavę się żuje, a nie mieli. Roślina jest dość intensywna w smaku, po kilku kęsach zaczyna paraliżować język. Chwilę później, gdy chciałem coś powiedzieć, zorientowałem się, że moje usta nie reagują. Poczułem jakby mi je ktoś przykleił do twarzy. Lekki sceptycyzm minął. Oto chwile, dla których zamieniliśmy ciepłe posadki za biurkiem. - A teraz wszystko wypluj na liść, zaraz będziemy to pić - Filip przerwał ciszę dżungli. Jego kuzyni wypluli szarą breję na moją szarą breję.
Deszczówka, którą się tu pije służy za wspaniały rozpuszczalnik. Mężczyźni zaczęli przecedzać szarą miazgę, którą przeżuliśmy. Teraz zaczynam dostrzegać uniwersalność każdego rytuału. Niezależnie od religii, kultury, czy miejsca - jednoczymy się w magicznym, zamkniętym gronie. Staniemy się braćmi, kimś więcej niż tylko znajomymi.
Gdy sporządzono zawiesinę, Filip z namaszczeniem rozlał go do kokosowych muszli. Jedna muszla na głowę powinna wystarczyć dla niewprawionych organizmów. Szara ciecz w smaku przypominała wodę z kałuży.
Nasi gospodarze z ogromnym uznaniem patrzyli na nas, gdy bez grymasów wychyliliśmy po muszli. Po chwili dolewka była gotowa. -Wy wypiliście to, co my żuliśmy, my wypijemy to, co wy żuliście - powiedział przyjaźnie mężczyzna. Po chwili wyciągnęli pomięte kartki ze szkolnych zeszytów, w których trzymali jakieś zawiniątko. Sprawne palce naszych gospodarzy przygotowały po skręcie dla każdego. - Myślałem, że wy nie palicie papierosów - zagadnąłem do Filipa. - To część naszego rytuału. Po wypiciu Kavy zwykle palimy tytoń, który sami hodujemy. Mocna woń tabaku uderzyła w nozdrza. Lekki szum w głowie dał wytchnienie po długim dniu. Tony Halik byłby zachwycony...
Wielu pyta, jak działa Kava. Filip miał najlepszą odpowiedź. - Wolę nie opowiadać, lepiej przeżyć na własnej skórze. Miał rację. Przede wszystkim poczuliśmy się zrelaksowani. W ciemnej ciszy dżungli stan błogości i lekkiego odrętwienia. Ponad palmami czerwona łuna z krateru i cykliczny łoskot, który można było poczuć nawet w kościach. Czarny pył, na którym siedzieliśmy wydał się miększy niż zwykle, a jeden z kuzynów zaczął nam przypominać sympatycznego potwora z bajki Disneya. Kava zaczęła działać...
Kava kava - inaczej pieprz metystynowy. Roślina uprawiana na wyspach Oceanii. Narkotyczne działanie jej korzeni zapewniło jej szczególne miejsce w lokalnej kulturze. Najsilniejsze działanie przypisuje się roślinom uprawianym na Vanuatu. Jest psychodelikiem o działaniu uspokajającym. Znajduje zastosowanie, jako składnik bazowy dla niektórych leków używanych w medycynie zachodniej. W Polsce całkowicie zakazana.
czwartek, 17 kwietnia 2014
It's looks like... Zanzibar
Opętani mitami szukamy obrazów,
smaków i zapachów, które sprawą, że wyimaginowany klucz trafi do
odpowiedniej dziurki. Po usłyszeniu kilku klików klucz się obróci
otwierając pudełeczko schowane głęboko w głowie. Blue Lagoon na
fijijskiej wyspie XXX było kluczem, który otworzył pudełko z
napisem... Zanzibar.
Od momentu, gdy postawiliśmy stopy na
kredowo-aksamitnym piasku, po ostatnią chwilę, gdy żegnaliśmy
wyspę kładącą się spać za horyzontem – nie mogliśmy odeprzeć
wrażenia, że jesteśmy na Zanzibarze. Na Zanzibarze, w którym
jeszcze nie byliśmy.
Rozsypująca się szopa, kilka krzeseł,
stoliki, suchy ryż i trochę sosu, który przygotowała Emma. Tu nie
ma przywilejów. Jemy to, co nasi gospodarze. Jemy to, co jest
dostępne w kuchni. Kobieta w wieku, który niezwykle trudno
określić. Przyglądała się nam z ogromną ciekawością chwiejąc
się nieco z prawej do lewej. Mówiła bardzo wolno i długo
wypowiadała każdy wyraz. Do tego szczególna mimika twarzy, białe
zęby i białe białka oczu. Nie mogłem odeprzeć wrażenia, że
nasza gospodyni jest na głębokim, heroinowym haju. Dopiero kilka
następnych dni i baczne obserwacje D. przyniosły odpowiedź.
Szczególne zachowanie Emmy wynikało z różnic kulturowych,
nieśmiałości i wstydu w kontaktach z białym człowiekiem.
W drzwiach kuchni pojawił się jej
mąż. Facet być może w moim wieku wyglądał na bardziej
oswojonego z rzeczywistością. Po krótkim powitaniu zapytał; -
Łowisz? Jeśli tak, to jutro ruszamy w morze, może będziemy mieli
szczęście i złapiemy coś na obiad.
Domek, w którym zamieszkaliśmy był
najprostszym przybytkiem, w jakim przyszło nam spać w ciągu
naszych dotychczasowych podróży. Ściany z liści palmy, łóżko
i dziurawa moskitiera. O prądzie nie ma mowy, prysznic i pitna woda
tylko wtedy, gdy łaskawy deszcz napełni zbiorniki.
Jaskrawość światła w tym miejscu
jest dojmująca. Wdziera się przez oczy do głowy i nie daje
spokoju. Natężenie promieni sprawia, że w dziwny sposób czujemy
się pijani.
Brak prądu i bieżącej wody sprawił,
że szybko weszliśmy w rytm życia naszych gospodarzy. Dnia mamy
tyle, ile Słońce da nam światła. Jedyną rzeczą, jaką można
robić po zachodzie to liczenie gwiazd i słuchanie flirtujących z
nami fal Pacyfiku. Rytm! Odnajduję wreszcie rytm wyspy. Poczułem
jakby brakujące słowo do krzyżówki odkleiło mi się z końcówki
języka. Rytm!
Nawet kraby pod naszymi stopami zdają
się stepować w tym rytmie. Stepujące kraby na fijijskiej wyspie,
która przypomina nam Zanzibar, na którym nigdy nie byliśmy... Czy
chcę o tym porozmawiać z lekarzem? Myślę, że mojemu lekarzowi
nie powiedzieli na uniwersytetach, jakie tabletki przepisać...
Niepewnym krokiem ruszyliśmy w głąb
wyspy. - A to się wybrali mieszczuchy w dżunglę, już ja wam
pokażę – śmieje się nad głowami Słońce. Prawy japonek D.
wszedł w sojusz ze Słońcem i pękł w połowie szlaku. Każdy
cwaniak z miasta, który ogląda Discovery byłby w stanie naprawić
but swojej kobiety. Niestety żadne źdźbło trawy nie jest
wystarczająco mocne. D. z dezaprobatą wypomina mi bezradność,
bezradność wobec malezyjskich pijawek w Taman Negara i wszystkie
inne moje bezradności. Dalszą trasę postanawia iść boso.
Jak dzieciom z Lourdes ukazał nam się
cud. Może ten mniej boski, ale niemniej otaczany przez nas kultem i
uwielbieniem – oto szopa z tablicą OPEN. Podchodzimy bliżej i na
kolejnej tablicy napis Cafe. Kawiarnia w środku dziczy! – toż to
musi być diabelski spisek, zbyt piękne to, by to było prawdziwe.
Jako ambasadorzy kawy wkraczamy odważnie w ciemne czeluści drewnianej szopy. Za ladą archetypiczna kobieta z filmu Felliniego. Zza spódnicy nieśmiało wygląda dziecko. Ogromne, uśmiechnięte usta witają nas w zabawnym akcencie – hello my friends! Wydaje się, że kobieca dobroć wszech czasów skupiła się właśnie w jej dłoniach. Zza pasa kuchennego fartucha wyciągnęła ścierkę, którą przetarła ladę.
- Bez mleka, bez cukru – prosimy.
Spojrzała na nas podejrzliwie. Po chwili podejrzliwość znikła.
Pewnie wytłumaczyła sobie, że my, przyjezdni, mamy różne
zboczenia. Podano czarną.
O kawo! Tyś naszym wybawieniem od
miałkości żywota naszego. Tyś ukojeniem serc spragnionych
naszych. Tfu!!! Prawie parsknąłem na podłogę. W głowach zaczęły
nam się układać pierwsze wersy listu zaadresowanego do ministra
ds. kawy na Fiji. „Z ogromnym oburzeniem chcielibyśmy zawiadomić,
że kawa podana tu i tu, o tej i o tej godzinie, była poniżej
wszelkich smakowych standardów. Jako niezwykle słaba nie powinna
być serwowana nawet niemowlakom. Podpisano M. i D. (niepotrzebne
skreślić).”
Ta myśl trwała tylko sekundę. Przełknąłem płyn. Otworzyłem oczy i nagle zmęczenie odeszło. Siedząc na jednej z najpiękniejszych plaż świata pijąc jedną z najgorszych kaw świata zanosiliśmy się śmiechem. W tej chwili spoglądając na D. gdzieś ukradkiem pomyślałem jak bardzo jestem szczęśliwy...
piątek, 11 kwietnia 2014
Fiji city life
Fiji has the name of mythical images. Beach, sand, azure water and smiling people. This, however, pictures of tourist leaflets inviting to paradise island. Any such leaflet can be seen strolling outline white steam into the sunset. He linen pants unbuttoned shirt, she in airy attire, with some shells motifs. For this curve palm tree with coconuts on the shore, or a coconut with a straw and umbrella.
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
pierwsza wyspa
Gdy zbliżaliśmy się do brzegu wysepki pod taflą wody ujrzeliśmy rafę. Niewiele brakowało, byśmy wyskoczyli z łodzi do wody, tak bardzo kusząco wyglądała.
Pierwszym odruchem po wyjściu na brzeg było poderwanie plecaka z piasku. Już to chciałem biec, już to chciałem się zakwaterować. Uśmiechnięty mężczyzna ze złotą wstawką w jedynce przycisnął łagodnie moje ramię. "Relax my friend, it's Fiji." Oczyma wyobraźni zobaczyłem siebie. Bladego człowieka z wielkiego miasta, który ciągle gdzieś się śpieszy. Wiedziałem, że gospodarz Bounty Island właśnie tak to widział. Wiedziałem, że nie jestem jedyny, który tak się zachowuje tuż po przybyciu.
Zadziwiająco szybko opanowałem technikę nicnierobienia. Poza nurkowaniem i zrywaniem dla D. świeżych kokosów znad hamaka nie robiłem wiele. Duma mieszczucha, który zdobędzie orzecha, rozłupie go i poda swojej pięknej kobiecie... Rzeczy tego rodzaju łechczą moje śpiące ego rozbitka z bezludnej wyspy.
Minuta trwa tutaj siedemdziesiąt sekund, na jedną godzinę przypada chyba ze sto minut. "Fiji time" to nie tylko żartobliwe wytłumaczenie na spóźniający się autobus. "Fiji time" to nowa, wyspiarska rzeczywistość.
Energia jak zwykle rozpierała D., która rzuciła się do przestudiowania naszej wyspy. Zabraliśmy butelkę wody i ruszyliśmy brzegiem. Po dwudziestu minutach obeszliśmy wyspę i trafiliśmy do miejsca, z którego ruszyliśmy. Pierwszy raz w życiu natknęliśmy się na własne ślady na piasku. Przenośnia godna Paulo Coelho. W głowach układał nam się tytuł książki o wyspie Bounty: "W dwadzieścia minut dookoła naszego świata"...
niedziela, 6 stycznia 2013
Odkryliśmy sto wysp
Tym razem Dorota wskazała palcem na niebieskie miejsce z kropeczkami. Nazwa Hundred Island przyciągnęła naszą uwagę. Poszukując informacji na temat tego miejsca nie znaleźliśmy prawie nic. Przewodniki milczały, więc tym bardziej zapragnęliśmy zobaczyć wyspiarski raj tuż przy filipińskim wybrzeżu.
Kilka godzin po tym, jak zdecydowaliśmy się ruszyć w nieznane siedzieliśmy w autobusie do Dagupan. Ta średniej wielkości miejscowość jest stolicą lokalnych mediów oraz mekką dla amatorów Milkfish. Ryba przyrządzona na grillu, wypełniona trawą cytrynową i liśćmi bananowca zdążyła już podbić nasze serca, więc z podjęciem decyzji nie mieliśmy problemów. O tym, jak smakuje milkfish >>
Późnym popołudniem dotarliśmy do Dagupan, gdzie znów miejski gwar, tak specyficzny na Filipinach, dał o sobie znać. Szybka przesiadka do rozklekotanego autobusu w kierunku Alaminos i byliśmy na właściwej drodze.
Po prawej stronie ogromne fale rozbijały się o brzeg, po lewej hodowlane zbiorniki wodne, które są powodem dumy lokalnej społeczności. Na kilka godzin przed końcem roku staliśmy przy kościele w miasteczku, w którym ludzie w ostatniej chwili zaopatrywali się w petardy. Po dotarciu na wybrzeże było już ciemno. Pozostało nam otworzyć wino wiezione przez całe Filipiny, by wznieść toast za następne podróże w kolejnym roku. Dopiero mieliśmy się przekonać jak pięknie wygląda rybacka osada o wschodzie Słońca.
Do wyboru świeży tuńczyk, milkfish lub tilapia w marynacie octowej z ryżem i sokiem z limonki to obowiązkowe śniadanie w tej osadzie. Uwielbiamy ryby więc skusiliśmy się na wszystkie trzy rodzaje. Nie jesteśmy w stanie wskazać faworyta.
Zaraz potem dobiliśmy targu z właścicielem łodzi, który zgodził się być naszym przewoźnikiem w kierunku wysepek. Gdy się do nich zbliżaliśmy okazało się, że w ciemnej masie, którą można było dostrzec z brzegu zawierają się dziesiątki bezludnych wysepek.
Oto nowy rodzaj wolności, jakiej do tej pory nie doświadczyliśmy. Wybraliśmy sobie wysepkę, na której postanowiliśmy spędzić Nowy Rok. Poczuliśmy się jak Robinsonowie. Szum fal, wiatr, ptaki i tylko my...
Późnym popołudniem dotarliśmy do Dagupan, gdzie znów miejski gwar, tak specyficzny na Filipinach, dał o sobie znać. Szybka przesiadka do rozklekotanego autobusu w kierunku Alaminos i byliśmy na właściwej drodze.
Hundred Islands National Park to obszar w rejonie prowincji Pangasian, słynący z dziesiątek bezludnych, dzikich wysp oraz niezwykle atrakcyjnych miejsc dla nurków i wędkarzy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































