Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 lipca 2017

Święte źródło


Wyspa zaskakuje szczególnym balansem żywiołów. Woda spotyka się tu z ziemią w możliwie najpiękniejszych kombinacjach. Wilgotne pajęczyny powietrza rozpalonego słońcem. To jedno z tych miejsc na ziemi, gdzie czujesz, że masz do czynienia nie tylko z dziełem natury ale też sił, o których prawdopodobnie nie masz pojęcia. Wszystko jest na swoim miejscu, a nawet lepiej.

wtorek, 18 lipca 2017

Baza Ubud


To Jej pierwsza podróż poza Australię. M. jak gdyby nic budzi się o 5 rano z uśmiechem. Nie marudzimy, wstajemy odsuwamy zasłony, uchylamy okno. Dochodzi dźwięk mocnego deszczu w towarzystwie piania kogutów. Do tego przyjemnie ciepło, powietrze z tropikalną nutą. Inne od tego, którym oddychaliśmy jeszcze wczoraj. 

środa, 5 lipca 2017

Bali. Do trzech razy sztuka


Nasza historia z Bali zaczęła się wiele miesięcy zanim wylądowaliśmy w Denpasar. Przypadki i zrządzenia losu kazały nam przekładać podróż, by dopiero za trzecim podejściem dotrzeć na tę wyspę.

niedziela, 14 lutego 2016

wietnamska rozpusta


Duszny zapach głęboko smażonego jedzenia, garokuchnie co krok, zapach kolendry, aromatyczny bulion zmiksowany z zapachem spalin, ludzkiego potu i resztek. Tak właśnie pachnie wietnamska ulica. Tak pachnie moje pierwsze zderzenie z kuchnią azjatycką. Lądujemy w Ho Chi Minh City...

niedziela, 27 września 2015

W paszczy herbacianego lwa


D. często powtarza mi, że nie pamiętam wielu rzeczy. To, w co ubrany byłem wczoraj, lub imienia jej koleżanki z pracy, z którą ona pracuje od roku. Tłumaczę, że działam nieco na innych częstotliwościach. Mam szczególną pamięć, przekonuję uparcie. Zwłaszcza słuchową i smakową. No bo kto pamiętałby pomidorową z lanym ciastem w deszczowy czwartek w krakowskim barze mlecznym Żaczek. Nie o zupę tu idzie tym razem.

Myślicie, że Indie to kraj herbaty? Że aromaty suszonych liści płyną wąskimi uliczkami i wodzą za nos amatorów z całego świata? No więc jest trochę inaczej niż w niedzielnych filmach puszczanych do schabowego.

sobota, 19 września 2015

tlenu coraz mniej


A gdyby tak w góry? Gdyby tak liznąć Himalaje. Zobaczyć jak to jest, gdy tlenu coraz mniej pnąc się ku szczytom nad skalistą przepaścią? Pierwszy etap to kolejka wąskotorowa prowadząca do Shimli - górskiego miasta w północnej części Indii.

piątek, 4 września 2015

Kuchnia Indii


Na półce z książkami kulinarnymi, jest u nas taka jedna duża księga o dość banalnym tytule "The food of India", w niej o kuchni indyjskiej jest napisane chyba wszystko. O przyprawach, o ich łączeniu, co w danym regionie jest najpyszniejsze. Oczywiście są i przepisy, opisy produktów, przegląd ulicznego jedzenia.... 

niedziela, 12 lipca 2015

przy granicy z Pakistanem



Pierwszym krajem, który odwiedziłem była Czechosłowacja. Jest to zdanie prawdziwe, są świadkowie, są też zdjęcia. Było to na wycieczce szkolnej, gdy wraz z kilkoma łobuzami zboczyliśmy z górskiego szlaku, by tuż za biało-czerwonym słupkiem postawić krok na obcej ziemi. Kilkanaście lat później postanowiliśmy z D. wychylić głowę zza odrutowanego ogrodzenia po stronie indyjskiej, by zobaczyć jak wygląda kawałek Pakistanu.

wtorek, 16 czerwca 2015

Skąd tyle złota w Amritsarze?



Amritsar w języku pendżabskim oznacza Sadzawkę Nektaru Nieśmiertelności,- miasto-mekka Sików w północno-zachodnich Indiach, w stanie  Pendżab. Około 40 km od granicy z Pakistanem. W mieście tym znajduje się najważniejszy obiekt kultu Sikhów* - Złota Świątynia ( ਹਰਿਮੰਦਰ ਸਾਹਿਬ ) zwana Darbar Sahib (Dwór Pana) lub Harmandir (Świątynia Boża).

wtorek, 9 czerwca 2015

good morning Varanasi!!


Musi być odpowiedni czas na Indie - powtarzaliśmy jak mantrę. Musi być odpowiedni moment. Zgodziłem się z D. Zróbmy to w tym roku! 
Jakieś trzy lata temu w pociągu do Da Nang poznaliśmy parę Hiszpanów, opowiadali nam wtedy o Indiach. Kilka razy uprzedzili, że ten kraj może porządnie dać w kość. - Jak planujecie wyprawę krótszą niż dwa tygodnie to nie ma to sensu. Pierwsze zderzenie boli zawsze, nieważne co widziałeś, lub gdzie byłeś wcześniej – mówili. 

środa, 3 czerwca 2015

Seksowne Khajuraho

W czasie gdy Mieszko I przyjmował chrzest, na innym kontynencie, jakieś 8 tys kilometrów na wschód, żmudna praca artystów dawała wyraz religii miłości i pożądania. Wszystko w sennym miasteczku Khajuraho.

czwartek, 28 maja 2015

Pocztówka z Taj Mahal


Będąc w Indiach nie sposób nie zobaczyć tego miejsca. Taj Mahal nie tylko na pocztówkach robi wrażenie, na żywo też zapiera dech...*

wtorek, 19 maja 2015

To, czego nie widać na pocztówce z Taj Mahal


Agra! Miejsce pielgrzymek turystów z całego świata, by zobaczyć jedyne w swoim rodzaju mauzoleum-pomnik miłości. Jak się szybko przekonaliśmy pięknie jest przede wszystkim na pocztówkach. 
Znów gorąco. Upał jest nie do wytrzymania. Pod dachem peronów ktoś najwyraźniej dla żartu zawiesił wiatraki. Chyba chodziło tylko o zrobienie dobrego wrażenia, bo nie odczuwamy żadnej różnicy. Ciężkie plecaki wbijają nas w ziemię, na szczęście tłum kolorowych postaci niesie nas w jakimś  kierunku. Mamy nadzieję, że do wyjścia.

sobota, 16 maja 2015

Agra: kolos numer jeden


Fort w Agrze* to pierwsze miejsce z obowiązkowej listy nazwijmy to monumentów-budowli do zobaczenia w Indiach. Rozumiemy nieco skrępowanie podróżników, którzy wzdrygają się na myśl o fakultatywnych wycieczkach i obowiązkowych muzeach, ale coś musi być na rzeczy skoro rzesze odwiedzających przybywają tu każdego miesiąca. 

piątek, 15 maja 2015

New Delhi. Runda pierwsza


Mityczne Indie, na które długo czekaliśmy! Jeszcze nie czuję, że jesteśmy w Indiach – mówiła D. kiedy szukaliśmy połączeń w długich tunelach metra. Widzieliśmy już ulice Sajgonu, błądziliśmy po zakamarkach Manili, no więc gdzie ten chaos, gdzie ten gwar, o którym tak dużo czytaliśmy?

niedziela, 6 stycznia 2013

Odkryliśmy sto wysp

Tym razem Dorota wskazała palcem na niebieskie miejsce z kropeczkami. Nazwa Hundred Island przyciągnęła naszą uwagę. Poszukując informacji na temat tego miejsca nie znaleźliśmy prawie nic. Przewodniki milczały, więc tym bardziej zapragnęliśmy zobaczyć wyspiarski raj tuż przy filipińskim wybrzeżu.


Kilka godzin po tym, jak zdecydowaliśmy się ruszyć w nieznane siedzieliśmy w autobusie do Dagupan. Ta średniej wielkości miejscowość jest stolicą lokalnych mediów oraz mekką dla amatorów Milkfish. Ryba przyrządzona na grillu, wypełniona trawą cytrynową i liśćmi bananowca zdążyła już podbić nasze serca, więc z podjęciem decyzji nie mieliśmy problemów. O tym, jak smakuje milkfish >>
Późnym popołudniem dotarliśmy do Dagupan, gdzie znów miejski gwar, tak specyficzny na Filipinach, dał o sobie znać. Szybka przesiadka do rozklekotanego autobusu w kierunku Alaminos i byliśmy na właściwej drodze.


Po prawej stronie ogromne fale rozbijały się o brzeg, po lewej hodowlane zbiorniki wodne, które są powodem dumy lokalnej społeczności. Na kilka godzin przed końcem roku staliśmy przy kościele w miasteczku, w którym ludzie w ostatniej chwili zaopatrywali się w petardy. Po dotarciu na wybrzeże było już ciemno. Pozostało nam otworzyć wino wiezione przez całe Filipiny, by wznieść toast za następne podróże w kolejnym roku. Dopiero mieliśmy się przekonać jak pięknie wygląda rybacka osada o wschodzie Słońca.



Do wyboru świeży tuńczyk, milkfish lub tilapia w marynacie octowej z ryżem i sokiem z limonki to obowiązkowe śniadanie w tej osadzie. Uwielbiamy ryby więc skusiliśmy się na wszystkie trzy rodzaje. Nie jesteśmy w stanie wskazać faworyta.


Zaraz potem dobiliśmy targu z właścicielem łodzi, który zgodził się być naszym przewoźnikiem w kierunku wysepek. Gdy się do nich zbliżaliśmy okazało się, że w ciemnej masie, którą można było dostrzec z brzegu zawierają się dziesiątki bezludnych wysepek.




Oto nowy rodzaj wolności, jakiej do tej pory nie doświadczyliśmy. Wybraliśmy sobie wysepkę, na której postanowiliśmy spędzić Nowy Rok. Poczuliśmy się jak Robinsonowie. Szum fal, wiatr, ptaki i tylko my...


Hundred Islands National Park to obszar w rejonie prowincji Pangasian, słynący z dziesiątek bezludnych, dzikich wysp oraz niezwykle atrakcyjnych miejsc dla nurków i wędkarzy.        

piątek, 4 stycznia 2013

Proszę Pani, kto by pomyślał....


Był jesienny, deszczowy poranek. Chwilę po pierwszym dzwonku z podwiniętymi palcami w mokrych skarpetkach rachowałem szanse na to, że moje nazwisko przerwie jednostajne bzyczenie lamp rozświetlających klasę. Za plecami Pani Żaby w peruce czekała mapa fizyczna świata. Za chwilę Żaba wylosuje numerek z dziennika. Jeśli wylosuje trzynastkę, to będę w kłopotach. Rów Mariański, Góry Smocze, klimat w RPA, czy Kordyliera Centralna? No właśnie, Kordyliera...


Scenka "lekcja geografii" wróciła  po kilkunastu latach jak smak zapomnianych lodów z dzieciństwa, podczas studiowania kolejnej mapy. Od jakiegoś czasu bardziej ufamy własnym wyborom niż przewodnikom. Dorota wskazuje  palcem miejsce i po prostu tam jedziemy. Tym razem była to mapa Filipin, które zwykle kojarzą się z plażami. My filipińską przygodę zaczęliśmy więc od gór w północnej części Luzonu.


Górale z Luzonu to lud znany z obcinania głów, czym się parał jeszcze 60 lat temu. Nawet podczas okupacji japońskiej dali się poznać, jako niezłomni wojownicy. Niska, przysadzista postać z podniesioną maczetą była najstraszniejszym koszmarem, lub ostatnim widokiem jaki mógł zobaczyć japoński żołnierz przed śmiercią. Górale z północnego Luzonu obcinali głowy niemal "na śniadanie". Mężczyzna nie mógł posiąść kobiety, nim nie obciął komuś głowy. Do dziś w niektórych wsiach jedzą psie mięso które pozwala zachować energię.


Tom był pierwszym człowiekiem jakiego spotkaliśmy w paśmie Kordyliery Centralnej. Doświadczyliśmy niepokojącego uczucia, gdy zobaczyliśmy prawie bezzębne dziąsła tego chłopaka w naszym wieku. Od czerwonej miazgi tytoniowej, którą ciągle spluwają ich usta wyglądają, jakby przed chwilą pili krew. Tom udzielił nam kilku wskazówek na temat Ryżowych Tarasów w Banaue i Batad oraz ogólnych zasad poruszania się po ich górach. Udając się w kierunku bazy kwaterunkowej miałem nieodparte wrażenie, że Tom, potomek obcinaczy głów, dobędzie noża i zafunduje sobie dwie nowe głowy. Tym razem z Polski.


Poranek w Banaue zapowiadał się obiecująco. Słońce nieśmiało przebijało się przez chmury. Próbowaliśmy wykorzystać promienie, by wysuszyć nieco zawilgocone buty przed wyprawą w góry. Spakowaliśmy ekwipunek i ruszyliśmy na szlak z Banaue do Batad - wsi położonej 1100 m. n. p. m., do której nie prowadzi żadna przejezdna droga.



Widoki soczystych, zielonych wzgórz powaliły nas dosłownie na kolana. Chmury toczące się po szczytach i grzbietach dawały nieodparte wrażenie, że jesteśmy w jakiejś magicznej krainie. Krainie pięknej i strasznej zarazem, gdzie logika i zdrowy rozsadek przegrały z magią i ludowymi zaklęciami. Po trzech godzinach wspinaczki dotarliśmy do przełęczy. Zostawiając za sobą Banaue zaczęliśmy zejście w kierunku Batad. 


Na tej trasie można spotkań mieszkańców wioski, który na barkach i głowach donoszą zaopatrzenie do swoich domów; kurczaki, buty, żarówki... Górska, rześka wilgoć zaczęła dawać się nam we znaki, lecz szybko o wszystkim zapomnieliśmy, gdy dotarliśmy na miejsce.


Wieś Batad powitała nas na przemian deszczem i słońcem. Widok roztaczający się na tamtejsze Ryżowe Tarasy rzeczywiście wart jest każdej kropli deszczu, która na nas spadła. Usiedliśmy więc przy kubku gorącej kawy podziwiając niezwykłą rolniczo-inżynierską konstrukcję, która liczy sobie ponad 2 tys. lat. Wspólnie zgodziliśmy się, że żadne zdjęcie, które do tej pory widzieliśmy nie oddaje tej głębi przestrzeni. Przestrzeń, to ona tu robi największe wrażenie. Kordyliera Centralna? Droga Pani od Geografii, kto by pomyślał....


niedziela, 30 grudnia 2012

Kuala Lumpur


Nieplanowany wypad do Malezji miał swój finał w Kuala Lumpur. Po dwóch miesiącach tułaczki nauczyliśmy się kilku zasad, które się dobrze sprawdzają. Mieszkaj u Chińczyka, jedz u Hindusa i pij u katolika. Wylądowaliśmy więc w sławnym na cały świat Chinatown. Znów wózki z jedzeniem na ulicach, znów nie ma miejsca dla przechodniów. Nocą wielkie neony zamiast latarni przyciągają wzrok.

niedziela, 23 grudnia 2012

Jej wysokość dżungla

Zrobiło się ciemno. Wąska łódeczka zbita z kilku desek zaczęła kiwać się na boki.  Pierwsze krople spadły na nasze ramiona. Po rzece, w naszym kierunku zbliżała się ściana tropikalnego deszczu.  Zaraz będziemy mokrzy.  Cały czas wpatruję się w brzeg, by ocenić odległość i bezpieczne miejsce. Oby tylko nie wywróciło łodzi.


Długo nie utrzymalibyśmy się na powierzchni tej czerwonej, rozgniewanej rzeki. Trzy godziny później dopływamy do  Kuala Tahan - osady, gdzie mieszkańców i ich drewniane baraki można policzyć na palcach jednej ręki. Nie ma internetu, w miejscach noclegowych na pytanie o rezerwację nikt nie odpowiada. Wszyscy tu żyją dzięki dżungli. Przewożą ludzi przez rzekę, prowadzą ich po ciemnych ścieżkach, lub pracują przy uprawie Sandałowca. Do miasta nie poszli, muszą jakoś przetrwać.


Tym razem weszliśmy do długiego, drewnianego baraku, z wydzielonymi, zamykanymi pokojami. Był to najtańszy hostel w Kuala Tahan, którego cena wprost nawiązywała do oferowanego standardu. Jesteśmy na terenie dżungli, panują tu wewnętrzne prawa, którym musimy się podporządkować. Królują tu jaszczurki, mrówki i cykady wielkości piłeczki do tenisa obijające się o jedyną żarówkę w korytarzu. Po zachodzie, nad rzeką Tembeling świerszcze i cykady dają koncert. Wtóruje im głos dobiegający z pobliskiego minaretu nawołujący miejscowych muzułmanów do modlitwy.


Zawodzenia odbiją się od ściany dżungli jak od ekranu. Jeszcze nie postawiliśmy stopy w dżungli, a ta już rzuciła na nas jakby fatalne zaklęcie. Wieczór spędzamy na tarasie zaczarowani wpatrując się w czerń lasu. Jutro idziemy się z nim zmierzyć.


Wystarczy tylko zejść ze ścieżki przeznaczonej dla rodzinnych wypraw, by poczuć moc. Moc przyrody, która całą swoją siłę skierowała jakby przeciwko nam. Ośmieliliśmy się wejść na dziki szlak, teraz za to słono zapłacimy. Powietrze przypomina wodny kisiel, przez który musimy brnąć. Koszulka i spodnie przylepione do ciała nie stanowią już żadnej osłony. Gdy przystajemy, by zorientować się w terenie komary zaczynają nas dosłownie zjadać. Idąc przez błotniste i gliniane ścieżki z marnym skutkiem próbujemy omijać wygłodniałe pijawki. Co kilkanaście minut ściągamy buty, by ze skóry pozbyć się nieproszonych gości.


W dżungli panuje półmrok, nie widać Słońca. Jedynym drogowskazem w takim miejscu jest kompas, oraz kierunek przepływu rzeki. Każdy fałszywy krok na glinianej, śliskiej ścieżce może skończyć się złamaniem kostki, lub zgubieniem szlaku. Idziemy więc ostrożnie, stąpając po gigantycznych korzeniach, butwiejących liściach. To jeden z najtrudniejszych terenów do trekkingu, z jakim do tej pory mieliśmy do czynienia.



Przejście jednego kilometra zajmuje bardzo dużo czasu i niezwykle wyczerpuje. Nie wiemy, która jest godzina. Mój "wodoszczelny" zegarek nie wytrzymał wilgotności. Nie wiemy, jak daleko do celu. 


Od dłuższego czasu nie widzieliśmy żadnego markera oznaczającego szlak. Staramy się racjonować wodę. Tuż obok nas coś chrupie. Dzika świnia nie robiąc sobie nic z naszej obecności zadowalała się miejscowymi żołędziami. Zbliżamy się do łagodnego zejścia do rzeki. Będzie okazja, by się nieco ochłodzić.


Skrajne wyczerpanie. Dżungla da nauczkę każdemu zarozumiałemu. Dżungla potrafi nauczyć szacunku do siebie. Po wyjściu ze szlaku raz jeszcze spoglądamy na dostojną jej wysokość. W duchu kłaniamy się nisko.


Taman Negara (po malezyjsku "park narodowy") obejmuje swoją powierzchnią  4,343 km² nietkniętej przez człowieka dżungli. Szacuje się, że tropikalny las ma 130 milionów lat, co czyni go najdzikszym i najstarszym tego typu obszarem na Ziemi.  


Znalezione na szlaku ;)